opowiadanie - Oblężenie

Część I 
  
 ... oddział przedzierał się przez puszczę najciszej jak tylko potrafił ... pot spływał żołnierzom po plecach nie tylko od przeraźliwego gorąca, ale i za strachu. Nie wiedzieli dokładnie gdzie znajduje się wróg, ani nawet w przybliżeniu jaka jest jego liczebność. To powodowało, że nawet kapitan nie wyglądał najlepiej. Dobrze ze mrok puszczy czynił jego twarz niewidoczna, ale i tak żołnierze wiedzieli, że nie jest najlepiej. Ich wsparcie gdzieś zaginęło, pewnie zniszczone przez potwory legionu, które ostatnio zaczęły atakować z wielka siłą. Zostali sami tylko ze swoimi wiernymi strzelbami obrotowymi i żelaznym zapasem amunicji. Do niedawna strasznie się wściekali, że kapitan kazał im dźwigać dodatkowe paczki łusek, ale teraz, kiedy zaczynało się robić nieciekawie cieszyli się ze maja ich więcej niż zazwyczaj. 
  
 Zaczynało się już ściemniać, a celu nie osiągnęli... Bazy jak nie było widać wcześniej tak i teraz nie, nie byli nawet w jej pobliżu. Mapy wprawdzie były, ale wywiad się nie popisał i lokalizacja przeciwnika pozostawała zagadką. Poza tym, trochę zamokły i marnie się z nich czytało, szczególnie w takim półmroku jaki panował w dżungli. Wyszkoleni żołnierze szli cicho i słuchali uważnie, być może gdzieś w pobliżu czaiły się plugastwa Legionu... 
  
 Nagle ktoś cos usłyszał. To cos przedzierało się przez krzaki, nawet nie bardzo starając się maskować swoje poczynania. Komandosi przygotowali się. Byli już pewni ze walka jest nieunikniona i nic ich przed nią nie może uratować. Zdarzyli tylko odbezpieczyć broń, przeładować ja i zając pozycje za zwalonymi pniami, kiedy z krzaków wyleciał saurus bez jeźdźca - ich wsparcie – pokrwawiony, jakby go ktoś żywcem ze skóry obdarł i ledwo żywy. To spowodowało nagły spadek morale w oddziale. Komandosi nie mieli jednak czasu na zbędne rozmyślania, bo zaraz za saurusem z krzaków wyłonił się obrzydliwy stwór legionu ciemności i zaczął atakować ich co nieco umocnione pozycje. Zaterkotały strzelby obrotowe i ściana śrutu zaskoczyła potwora. Nie spodziewał się takiego silnego ognia. Zdezorientowany skręcił na lewo od oddziału, próbując zajść ich z flanki, ale tam już był już spec z podwójna strzelba obrotowa który prawie rozniósł stwora na mielonkę. Ten incydent (taka mieli nadzieje komandosi) poprawił im humor. Niestety za chwile, w krzakach, zaczęły się pojawiać Karnofagi, plugastwa mniejsze, ale w dużych ilościach groźne jak diabli. Drużyna szybko się opanowała z euforii po zabitym stworze, a jej miejsce zajęła determinacja w walce. Wiedzieli ze musza sami się bronić, nikt im nie pomoże, musieli sobie sami radzić. Kapitan przeklął szpetnie i padła komenda WOLNY OGIEN!!!!!! Ta komenda podziała na oddział jak zimny prysznic w parnej atmosferze Wenus, otrzeźwił i wyostrzył zmysły. Zaczęli strzelać, szybko wirujące lufy strzelb rozdzierały powietrze świstem, który tylko rozgrzewał żołnierzy. Wiedzieli ze musza szybko i pewnie działać bo są zdani sami na siebie, ale nie pierwszy raz. Już wiele razy musieli sami, bez wsparcia, walczyć o życie i zawsze się udawało. Na razie byli cali i zdrowi mieli dużo amunicji i dobrego dowódcę, on będzie wiedział co robić. Taka mieli nadzieje... Po pierwszej fali potworów legionu uspokoiło się i nic nie było słychać. Może dlatego ze ich uszy były trochę zmęczone strzelaniem i wyciem pomiotów legionu, a może dlatego że nic poza nimi już nie żyło w okolicznej puszczy. Tego nie mogli być pewni i kapitan dobrze o tym wiedział. Sierżant załadował granat dymny do granatnika UBGL-170. Wiedział już co chce zrobić kapitan. Dobrze się znali i rozumieli się bez słów, sierżant wiedział, że nie mogli tu zostać musieli zacząć atakować. Musieli się zacząć ruszać. To oni musieli przejąć inicjatywę. Inaczej byli skazani na zagładę. Gdyby tu był oddział dragonów, albo jeagerów, może by się nie ruszali z miejsca, ale byli sami, a ich przewagą była mobilność, szybkość i wyszkolenie w dżungli. Wiedzieli jak zrobić dobrą zasadzkę. Widzieli jak zaskoczyć wroga i szybko zniknąć w mroku... A ciemność nadchodziła długimi krokami, aby nakryć dżungle całunem śmierci. Śmierć ich lub przeciwnika, to już nie miało znaczenia. Kapitan zarządził wymarsz. Założyli noktowizory, uzupełnili amunicje, posprawdzali, czy maczety lekko siedzą w pochwach i ruszyli. Musieli szukać miejsca na zasadzkę lub szybko poruszać się w kierunku bazy. Z map wynikało ze powinni się poruszać na zachód, i tam właśnie się udali. Na szczęście legion atakował od południa, wiec mieli szanse na dotarcie do bazy, jeśli żaden stwór nie wyprzedził ich w czasie walki. Dzięki noktowizorom widzieli w ciemności. Byli bardzo sprawni i potrafili się poruszać cicho jak koty, tego ich nauczono, to potrafili najlepiej. Puścili się cicho na zachód mając nadzieje, że nie będą musieli już strzelać ale cały czas gotowi do walki. W całkowitych ciemnościach słyszeli przeróżne dźwięki nocnego życia dżungli, niektóre znali inne zdawało im się, że tez, ale dużo było innych. Zdawali sobie sprawę, że to nie puszcza, że to nic z dżungli, ale coś potwornego. Te dźwięki zmobilizowały ich do szybszego marszu, a po jakimś czasie zaczęli biec. Powinni już być blisko bazy, gdzie ona jest !!!-pytał każdy z komandosów siebie samego. Kapitan biegł z flanki i klął szpetnie coraz głośniej. Wiedział ze cos ich ściga i zaraz ich dopadnie, jeśli nie znajda bazy. Nie chciał umierać, nie tak, bez sensu, bez jakiegoś ważnego zadania które miał wykonać, tak po prostu podczas przejścia z bazy do bazy, w rutynowej misji rozpoznawczej. Przyśpieszył kroku, bo cos mu mówiło, że są już niedaleko sierżant tez coś przeczuwał i zmienił granat dymny na race świetlną. Biegli tak przez dżunglę, a za nimi dało się już słyszeć glosy hordy dzikich stworów, które chciały tylko jednego, zabić oddział, który narobił wśród ich szeregów tak poważnych szkód. Oddział nagle wybiegł z dżungli na przecinkę wypalona doszczętnie do gołej ziemi, żeby żadne rośliny nie rosły w tym miejscu, wiedzieli że to baza. Sierżant wystrzelił granat świetlny w kierunku zabudowań... 
  
 Na wierzy strażniczej siedział w tym czasie snajper dragonów. Nienawidził służby na wierzy. Lubił samemu lub w parach przemykać przez pusty teren i strzelać z daleka do nieświadomych przeciwników. Na wierzy było nudno... baaaaardzo nudno..., ale wiedział ęe za sen na posterunku grozi „kaes”. Nie uśmiechała mi się kara śmierci wiec męczył się, żeby nie zasnąć i jakoś mu się udawało. W pewnym momencie z dżungli cos wybiegło. Jakieś postaci biegły w kierunku bazy jakby przed chwila z piekła uciekli. Snajper zobaczył granat świetlny i rozpoznał oddział to byli komandosi dżungli!! Co tu robią komandosi dżungli o tej porze??? Nie wiele się zastanawiał i wcisnął przycisk alarmu bojowego. Cala baza szybko się obudziła bo i niewielu spało alarmy bojowe ostatnio nie dawały spać wiec żołnierze kimali jak i gdzie mogli, ale nikt nie spal mocnym snem. Wiedzieli dobrze czym to groziło - albo sąd i „kaes”, albo śmierć zadana przez legionowe stworzenia. Nie wiadomo co było gorsze... Alarm szybko przerodził się w bieganinę, pozbawiona jednak chaosu, każdy wiedział gdzie i po co idzie. Snajper natomiast otworzył bramę i zaczął robić to co umiał najlepiej, zaczął strzelać ze swojego wiernego przyjaciela PSG-99. Był to dość krotki dystans wiec musiał się mocno namęczyć żeby trafić, ale był dobry, był bardzo dobry i cala baza o tym wiedziała. Miał ksywkę oneshooter - jeden strzał jeden trup. Teraz tez tak było. Nareszcie nie było nudno!! Robiło się gorąco i to się snajperowi podobało, nawet bardzo... Chłopcy ze strzelbami byli blisko, ale potwory równo za nimi pędziły i skracały dystans. Kapitan komandosów ryknął przez comm linka do snajpera: 
 - ZAMKNIJ WROTA !!!!!!!!!! 
 Po czym skierował oddział do pobliskiego bunkra świeżo co wybudowanego. Snajpera nie trzeba było 2 razy prosić. Wcisnął przycisk i wrota zaczęły się zamykać. Na murach w około bazy zaczęli się tłoczyć inni dragoni i milicjanci, wulkany rozgrzewały silniki i czekały na rozkaz wymarszu. 6 sztuk, pomyślał snajper, niech im dołożą nasze, niech zawirują ich HMG pora na akcje nie będzie nudno tej nocy... 
  
 Część II 
  
 ...Snajper musiał się zastanawiać do czego strzelać! Tyle tego było, że nie był pewien czy widzi już trupa czy cos, co przebiega tylko koło ciała swojego towarzysza. Karnofagi były już bardzo blisko murów bazy, co powodowało ze jego snajperka niezbyt dobrze się sprawdzała. Postanowił, że zajmie się tym co wybiega z dżungli zamiast walić w to co łazi pod murami. Inni dadzą sobie rade, szczególnie ze stwory nie strzelały tylko gromadziły się pod murem i bramą. 
  - dziwne... - pomyślał snajper – czemu te paskudztwa się tu tłoczą skoro nie mogą strzelać... 
  
 Nie miał jednak czasu na zastanawianie się nad sytuacja, bo z dżungli wylazło już cos innego i to nic małego lecz Zenitiański Mistrz Mordu. Nie było już tak milo jak przed chwilka... Snajper namierzył Zenitiańskiego Mistrza Mordu i zaczął strzelać... z lewej flanki ruszyły 2 grupki Opętanych Legionistów, a z prawej zauważył dwie postaci Razyd. Zaczęło się robić marnie, ale wulkany były gotowe do walki, tak samo jak dragoni, którzy już strzelali murów bazy. Snajper zdążył strzelić raz i na dodatek nie trafił, bo musiał szybko schylić się przed seria z broni razydy, która przeleciała w miejscu w którym niedawno była głowa snajpera. Chwila zwłoki i leżałbym z dziura zamiast głowy w kałuży własnej krwi i mózgu. Refleks na szczęście go nie zawiódł i ciągle żył. Trochę bardziej się schował i przymierzył jeszcze raz. Tym razem trafił bez problemu raz, drugi, trzeci... cholera mocny był 3 trafienia w głowę i lezie. Czwarty strzał na szczęście poskutkował jak należy i Zenitiański Mistrz Mordu padł w konwulsjach, po czym zszedł z tego świata w potwornych męczarniach, na jakie zasłużył samym swoim istnieniem. Niestety to nie był koniec. Bramy nie można było otworzyć, bo zaraz za nią gromadziły się ogromne ilości karnofagow. Legioniści strzelali celnie i przerzedzili już dość mocno szeregi milicjantów, którzy stali na lewej stronie murów bazy. Zaraz dobiegli do nich dragoni i trochę zmniejszyli szeregi legionistów. Sami tez nieźle oberwali. 
  
 Snajper przypomniał sobie o komandosach dżungli. Czemu nie strzelali???? Czemu nie słychać świstu śrutu?? Przecież byli w bunkrze!! Czyżby już nie żyli?? Bunkier był teraz kompletnie otoczony karnofagami i legioniści szybko się do niego zbliżali. Jeśli go zajmą będzie bardzo źle wręcz tragicznie!!. Kiedy legioniści podeszli na odległość 10 metrów do bunkra z wyraźnym zamiarem jego wrogiego przejęcia, zaterkotały strzelby obrotowe. Znajomy dźwięk dało się słyszeć nawet w bazie. 2 potężne oddziały, nieco tylko przerzedzone przez milicje i dragonów, po prostu zniknęły pod gradem śrutu. Małe ale gęsto latające kulki rozniosły je na strzępy... nie mieli szans. 2 TRSy musiały zrobić rzeźnie, reszta RSow też sobie radziła wspaniale z wrogiem, który podszedł blisko nie spodziewając się takiego silnego ataku z zasadzki... Lewa flanka była prawie czysta tylko karnofagi w tym miejscu nadal łaziły i nie pozwalały otworzyć bramy. Operatorzy wulkanów klneli wściekli w maszynach. Krew ich zalewała, że nie mogą wyjść, ale dowódca bazy kazał im siedzieć w maszynach na wypadek złamania obrony. Snajper postanowił zając się razydami które wycofały się do dżungli i zza drzew prowadziły prawdziwa rzęź wśród dragonów którzy nie bardzo mogli odpowiedzieć skutecznym ogniem. Snajper założył noktowizor i przystawił lunetę do urządzenia. Widział pomimo ciemności ze kiedy razydy strzelały, liście ruszały się od powiewu gorącego powietrza z luf. To dało mu pole do popisu. Przymierzył próbnie, strzelił z karku i wycelował mniej więcej tam, gdzie powinna być głowa stwora raz jeszcze. Tym razem już tak żeby trafić. Kiedy był gotów spust niemal sam się nacisnął i snajper przeciął harmider walki suchym trzaskiem wystrzału karabinu stworzonego do takich właśnie celów. Po chwili jeden ze stworów wypadł z lasu i zatoczył się potężnie. Miał w głowie ogromna dziurę, ale nadal szedł w kierunku bazy. Snajper chciał strzelić raz jeszcze, ale jeden z dragonów go wyprzedził i trafił razyde w szyje. Miał szczęście albo był naprawdę dobry, taki strzał jest rzadkością. To co zostało z głowy razydy po strzale snajpera, niemal odpadło po trafieniu dragona. Tak wiec jeden stwór mniej jeden do golenia...Snajper sprawdził ze pod murami zrobiło się luźno, a komandosi wyszli z bunkra i roznosili karnofagi, które łaziły jeszcze pod brama. Padła komenda wymarszu wulkanów. Ich operatorzy cieszyli się, że nareszcie będą mogli zrobić użytek z HMG i stalowych pięści. Kiedy brama się otworzyła milicyjny MMG, zabezpieczający wyjście wulkanów, otworzył ogień do niedobitków karnofagow wdzierających się do bazy. Wulkany od lewej strony podeszły do bramy, żeby nie wchodzić w linie strzału MMG, który natychmiast po ustawieniu wulkanów przestał strzelać. Wulkany przejęły jego role i stalowymi pięściami roznosiły karnofagi na kawałki. Kiedy wyszły za bramę, ta natychmiast się zamknęła. Wulkany przedzierały się przez pokraczne karnofagi do razydy. 
  
 Razyda zaś strzelał cały czas do dragonów na murach. Kiedy zobaczył pancerze zmienił obiekt zainteresowania, właśnie na nie. Pierwsza seria okazała się wyjątkowo pechowa dla wulkanów. 2 z nich potężnie oberwały. Jeden operator był martwy, a w drugim wulkanie padła hydraulika i serwa pneumatyczne nie licząc elektryki. Silnik niby był sprawny ale nie działa cala reszta, co skazało operatora na śmierć od ran zadanych przez karnofagi. Cztery pozostałe wulkany otworzyły ogień do razydy, który nie dawał za wygrana. 4 HMG zakręciły baczka i smuga ognia, która się z nich wylała przerzedziła drzewostan kamuflujący razydę. Snajper nagle zobaczył swój nowy cel przymierzył i ... zanim zdarzył strzelić powietrzne miedzy baza a razyda przybył pocisk ze szturmówki. Dragon strzelający wcześniej do pierwszej razydy nie miał farta. On był bardzo dobry i szybki. Trafić w ciemności ze szturmówki do celu ukrytego w dżungli i to tylko podczas oświetlenia pociskami smugowymi od czasu do czasu lecącymi razem z seriami z HMG wulkanów to spory wyczyn. Dowódca na pewno to doceni. Razyda osłabiony seriami wulkanów padł martwy. Nareszcie snajper nie będzie chodzić sam, długo był jedynym snajperem w oddziale, teraz będzie ich pewnie dwóch... ucieszyło go to bardzo. Niestety nie był to koniec całego ataku. Razyd już nie było, ale z lewej strony wyszedł jeszcze jeden duży oddział legionistów, który zaskoczył wszystkich i nieźle zaczął mieszać. Zanim komandosi będący do niego plecami zdążyli się zorientować, dwóch z nich już nie żyło. Reszta szybko zareagowała, ale nie mogła się zorganizować, żeby odeprzeć atak wiec ruszyli do bunkra osłaniając się ogniem zaporowym, który na krótko, ale powstrzymał legionistów. Kiedy komandosi doszli do bunkra z jego wnętrza wyskoczyły karnofagi i rzuciły się na oddział. Przerażeni żołnierze spanikowali i rzucili się do bramy przy bunkrze zostali tylko kapitan, sierżant i spec z TRSem. Dwóch pozostałych przy życiu komandosów, daleko nie dobiegło. Legioniści szybko ich zmasakrowali, po czym skupili się na reszcie oddziału, który kończył właśnie eliminować z teatru wojennego grupkę karnofagow, które zaczaiły się w bunkrze. Legioniści nie martwili się o milicjantów i dragonów, bo ci w szale radości zbiegli z murów i nikt nie osłaniał komandosów. Trzech jeszcze żywych komandosów odwróciło ogień na legionistów ale było ich za dużo. Kilku wystrzelali, ale reszta szybko się zbliżała. Komandosi pogodzili się już, ze śmiercią, ale nie było im dane umrzeć tej parnej nocy, bo wulkany nadal były na zewnątrz bazy i nie dały tak po prostu zabić swoich kolegów. Zawirowały HMG i w mgnieniu oka oddział legionistów zamienił się w krwawa mgiełkę pod ostrzałem wulkanów. Komandosi odetchnęli z ulga i szybko wycofali się do bazy, a wulkany zaraz za nimi. Nie mieli ochoty już stać poza bezpiecznymi murami. Po wejściu do bazy i zamknięciu wrót zaczęło się liczenie strat... Zginęło 42 ludzi 4 komandosów 17 dragonów i 19 milicjantów i 2 operatorów wulkanów... Snajper nie był już tak zadowolony z tej nocy. Może nie było nudno, ale na pewno nie było ciekawie. Rano się dopiero zacznie... Trzeba będzie posegregować martwych, zapakować ich ciała i zawiadomić sztab główny o bitwie oraz o stratach no i poprosić o uzupełnienie, bo przy następnym ataku może już nie być tak lekko, szczególnie przy takim stanie liczebnym załogi... 
  
 Część III 
  
 ...Major był wściekły... nosiło go po całej bazie jak kota z pęcherzem. Denerwował tym wszystkich... inspekcja za inspekcja, czepiał się dosłownie o wszystko... a to źle posłane łóżko, a to buty źle wypastowane, a to ktoś się źle odlał albo za głośno pierdnął w latrynie... koszmar. Żołnierze jednak dobrze wiedzieli czemu tak się dzieje. Major był odpowiedzialny za bazę, a taki szturm to nie przelewki. Nie było źle, straty nie były zbyt duże, ale i nie małe, będzie się musiał tłumaczyć, to pewne. Major wszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi. Położył się na pryczy i zaczął myśleć o tym co powie dowództwu... nie miał pojęcia co powiedzieć, żeby było dobrze, przecież brak danych z wywiadu to żadne wytłumaczenie. 
  
 Dobrze ze reakcja była szybka. Może nie będą się mocno czepiać... cholera 42 ludzi i dwa pancerze Wulkan - duże koszty jak na jeden szturm... ale nie ma się co martwic, zrobił to, co mógł, nic więcej się nie dało zrobić, gdyby nie snajper i ten młody dragon, byłoby duuuuuuuużo gorzej... Trzeba ich będzie odznaczyć albo jakoś inaczej wynagrodzić... zapytam ich co będą chcieli, urlop czy odznaczenie, a może wymyślą cos innego... zobaczymy... zobaczymy... 
  
 Major poleżał tak sobie z godzinkę, po czym wstał i ruszył na inspekcje bazy. Postanowił nie gnębić więcej żołnierzy... da im spokój. I tak dużo przeżyli poprzedniej nocy. Dziś przyleci jakiś pułkownik i będzie się czepiał wszystkiego, wiec w bazie musiało być wszystko na 100% w porządku. Było na pewno. Żołnierze tez wiedzieli, że tak musi być i starali się żeby wszystko aż błyszczało. Tylko jedno pomieszczenie zostało nie ruszone... sala w której leżały ciała zabitych żołnierzy... tam nikt nie sprzątał, żołnierze tylko przychodzili żeby pożegnać kolegów... atmosfera w bazie nie była zbyt dobra i póki ciała będą w sali morale będzie niskie... Major dobrze o tym wiedział... 
  
 -Majorze Steinberg! 
 -tak! już idę...-odpowiedział major i poprawił pas i kołnierz munduru, potem czapkę i wyszedł ze swojego pokoju 
 Na zewnątrz już czekało 3 mężczyzn w mundurach...pułkownik i 2 majorów 
 -majorze, pora porozmawiać o poważnych sprawach. -powiedział pułkownik 
 -tez tak myślę, odpowiedział major Steinberg i zaprosił resztę do gabinetu. 
 Kiedy się już w miarę wygodnie rozsiedli (jeśli w pokoju 3 na 4 metry zastawionym sprzętem biurowym można się wygodnie rozsiąść) zaczęła się poważna rozmowa. 
 -Majorze Steinberg przybyliśmy, bo mamy poważną sprawę do obgadania - powiedział jeden z majorów, a pułkownik zapalił papierosa – a tak swoja droga nieźle się pan wybronił przed szturmem, inne bazy nie miały tyle szczęścia, szybki szturm i straty były ogromne... jedna strąciliśmy... 20 kilometrów od was... 
 -to nieciekawie i dziękuje za uznanie, ale to nie moja zasługa, mięliśmy szczęście. Oddział komandosów dżungli nas zawczasu ostrzegł, wybiegając z lasu a na dodatek mięliśmy dwóch wspaniałych strzelców, którzy roznieśli największe zagrożenie...-odpowiedział major Steinberg 
 -drugi z majorów się odezwał i cicho powiedział - legion cos szykuje, testuje nasze bazy i próbuje je zdobyć nieprzygotowane. Mieliśmy doniesienia ze jakieś spore siły szykują się do ataków, ale nie wiedzieliśmy ze są to takie siły. Nie będę ukrywać, że nie jest dobrze. Mamy jeszcze odwody, ale nie są duże. Skierujemy je do baz, ale potem nie wiemy co zrobimy. Nie mamy już więcej żołnierzy, którymi możemy uzupełnić straty. Zanim dotrą posiłki z głównego zgrupowania wojsk, będziecie zdani na siebie, nie będziecie mogli liczyć na żadne posiłki, poza tym nie wolno wam będzie przerzucać wojsk miedzy bazami. Nie możemy sobie pozwolić na straty, jakiekolwiek, podczas przejść, a takowe na pewno by były. Każda baza będzie uzupełniona do stanu sprzed ataku, a potem jesteście sami. Sami jak palec... postaramy się jak najszybciej ściągnąć posiłki, ale to na pewno potrwa... 
 Kiedy major skończył mówić, odezwał się pułkownik – macie małe szanse i dobrze o tym wiemy i my i pan majorze, nie będę tu ściemniać. Dziękuje za uwagę, musimy już lecieć do kolejnej bazy zawieść „dobre” nowiny... 
  
 Major odprowadził oficerów na lotnisko, a kiedy śmigłowiec odleciał, zaklął siarczyście, aż obsługa na lotnisku się obejrzała... potem wrócił do swojego biura i wezwał szefa kadr i zaopatrzenia... 
 Kiedy kapitan przyszedł, major przekazał mu „nowiny” po czym razem siarczyście zaklnęli... 
 -nie będzie to zbyt ciekawa sytuacja – stwierdził smutno kapitan – raczej to jakiś koszmar, może to jakiś żart albo cos, może ktoś w sztabie robi sobie jaja?? 
 -nie, to nie żart, choć jakby to jednak był żart, to byłby to raczej kiepski kawał... wiesz co masz zrobić, zawiadomisz oficerów w bazie ze wieczorem będzie apel na którym powiadomię załogę o sytuacji. 
 -tak jest Panie majorze!! 
  
 Kapitan wyszedł, znowu zaklął i poszedł do mesy oficerskiej, przechodząc po drodze po pokojach oficerów i ściągając ich do mesy. Kiedy wszyscy już byli w pomieszczeniu, kapitan opisał sytuacje tak jak wyglądała i spotkanie szybko się zakończyło. 
  
 Major w tym czasie sprawdzał, jakimi siłami dokładnie w tej chwili dysponował i jakimi może dysponować po przekazaniu rezerw. Wezwał głównego mechanika i zapytał: 
 -jak się ma sprawa wulkanów? 
 -nie jest źle, jedna z uszkodzonych maszyn ma tylko zniszczony przekaźnik mocy z silnika, drugi był prawie sprawny, operator miał pecha o dostał seria w głowę, trochę jest uszkodzony pancerz, ale nie za mocno, będą sprawne już dziś wieczorem, części są i wystarczy je założyć. 
 -dziękuję to już wszystko, ale nie wspominaliście o tym nikomu? - Zapytał chytrze major. 
 -pewnie ze nie – równie chytrze odpowiedział mechanik. 
 -to cale szczęście, będzie osiem sztuk po uzupełnieniach, bo nikt nie będzie się teraz pytać gdzie są zniszczone maszyny. Możecie już iść. Tylko naprawcie te maszyny. 
 -tak jest Panie majorze! – mechanik strzelił obcasami usmarowanych butów i wyszedł kontynuować prace. 
  
 -nie jest źle - pomyślał major – kogo ja oszukuje... 
 Wieczorem na apelu zebrała się cala baza poza czujkami na murach i wieżach. Major wyszedł przed równą linie żołnierzy i zaczął mówić: 
 -wiem, że krążą już plotki na temat naszej sytuacji, wiec pora je teraz sprostować, a może raczej potwierdzić. Nasza sytuacja jest taka, że po uzupełnieniu strat ze szturmu nie będzie kolejnych uzupełnień. Wszystkie bazy w rejonie będą celem ataków legionu i będą musiały sobie radzić same. Jest tez kategoryczny zakaz przemarszów z bazy do bazy pod kara śmierci. Przygotujcie się na najgorsze... aha jeszcze jedno, snajper z wierzy i dragon murów, którzy wykazali się taka wybitna skutecznością proszę się do mnie zaraz zgłosić. Koniec apelu rozejść się! 
 -tak jest panie majorze!! – ryknęła cala baza i żołnierze się rozeszli. 
  
 Młody dragon i snajper dragonów zdziwili się nieco, ale zaraz po apelu zgłosili do majora. Major kazał im usiąść i zapytał wprost – mam pytanie co byście chcieli w nagrodę? 
 -??? 
 -nie patrzcie się tak na mnie, za takie wyczyny trzeba was jakoś nagrodzić Pierwszy się odezwał młody dragon– jeśli chodzi o nagrodę to myślę, że pan major wie, co bym chciał dla mnie, jest tylko jedna nagroda, która mnie ucieszy PSG-99 
 -a ja o dziwo jestem podobnego zdania, PSG-99 dla „młodego” panie majorze – powiedział snajper 
 -major się uśmiechnął i kazał się „młodemu” zgłosić do magazynu po sprzęt i karabin 
  
 No to poszło nieźle myślałem, że będą chcieli cholera wie czego, a tu tylko tyle, to mogę zrobić bez problemu – zastanowił się major po czym wyszedł na inspekcje, a co porządek musi być!!... potem poszedł spać... 
  
 Część IV 
  
 ... – musze biec, musze biec, nie mogę zwolnić, dopadną mnie, dopadną, przecież jestem od nich wolniejszy, ale ucieknę, na pewno mi się uda ... są już blisko, zaraz mnie dorwą, nie mam szans, ale musze biec! nie mogę się poddać!! ... czemu biegnę tak powoli??!! Czemu??!! Musze przyśpieszyć ale jak?? ... już je, słyszę zaraz dopadną mnie te potwory, nie może mi się udać, ale musze uciekać, musze uciekać!! ... już mnie prawie dopadły, czemu akurat mnie ścigają?? czemu to mnie ściga legion?? ... już nie mogę, już nie mam siły, zaraz chyba pękną mi płuca, już nie mogę, chyba mnie dopadną, chyba mnie zabija, a może cos gorszego dla mnie szykują, nie jeszcze nie, jeszcze biegnę ... teraz to już koniec, teraz już nie dam rady, mięsnie mam jak z waty, nogi ciężkie, jakby z ołowiu, nie wiem już, jakim cudem jeszcze oddycham? już nie mogę, już nie mogę, teraz już po mnie, już długo nie pociągnę ... – Majorze!!! Majorze niech się pan obudzi!!! – krzyczał ordynans majora. – niech się pan obudzi to tylko sen... 
  
 Część V 
  
 ...major wstał rano. Był cały mokry mimo ze koszmar przyśnił mu się jakieś 3 godziny temu. 
 - cholera co się ze mną dzieje?? Skąd ten sen?? Może to jakiś znak... ciekawe... oby sen się nie sprawdził cholernie nie lubię biegać... ... o 6 rano wstali już wszyscy, tylko żołnierze po nocnej służbie poszli spać po zdaniu posterunku swoim następcom. Kiedy major wyszedł ze swojego pokoju, jego oczom ukazała się wspaniała mgła... zawsze lubił się jej przyglądać. Mgła na Wenus była niesamowita i niepowtarzalna, nigdzie indziej w układzie słonecznym nie było takiej mgły, nawet na ziemi nigdy nikt nie widział takiego zjawiska, jak mgła wenusjańska. Zachowywała się, jakby była żywa, jakby dobrze wiedziała co robi i miała jakiś niepojęty dla zwykłego istnienia ludzkiego cel... niesamowite było tez to, że „poruszała” się, nie snuła się, tylko poruszała, przesuwała się jak istota z krwi i kości. Kiedy się w nią wchodziło, miało się wrażenie, jakby coś się przyglądało, jakby ktoś patrzył i oceniał - zabić czy nie zabić... major uwielbiał ja oglądać, ale nikt nie lubił się w niej przemieszczać, na wszystkich tak samo działa, nawet saurusy, niby dzikie stworzenia, ale nawet one nie lubiły mgły. We mgle przychodzi śmierć, albo lepiej by powiedzieć... z mgłą przychodzi śmierć. Dowódca wiedział, że dziś będzie atak, takiej mgły nie widział już dawno, gęsta, że można by siekierę powiesić... idealna sytuacja na atak... 
  
 Major przesunął odprawę z 9 na 7.30. O 7.30 wszyscy byli w mesie oficerskiej i czekali na nowe rozkazy. Kiedy dowódca wszedł, oficerowie jeszcze rozmawiali, poczekał aż się uciszą i przemówił cichym i zachrypniętym głosem, bardzo charakterystycznym głosem. 
 - nie wiem jak wy, ale ja mam złe przeczucia, ta mgła jest dziś bardzo osobliwa, wiem że może wam się to wydać dziwne, w końcu jestem waszym dowódcą i powinienem się kierować rozkazami i rozsądkiem, ale jakieś niespotykane przeczucie mnie dręczy już od wczoraj wieczór. Wydaje mi się... nie inaczej... jestem pewien ze dziś nastąpi atak legionu. Możecie śmiać, daje wam wolna rękę, ale myślę ze moja intuicja daje mi tak wyraźny znak, że nie mogę tego zlekceważyć tak po prostu, Teraz pora na waszą reakcję czekam na wasze opinie. Oficerowie popatrzyli po sobie, ale nikt się nie śmiał. Czekali już od tygodnia na sądny dzień, a atak nie nadchodził teraz i oni byli prawie pewni, że cos wisi w powietrzu i to nie jest tylko wilgoć w postaci mgły, ale cos więcej. W końcu jeden z oficerów powiedział: 
 - nie wiem jak reszta, ale chyba cała baza cos przeczuwa, nawet żołnierze są czujniejsi niż zwykle, nie ma co się oszukiwać będzie atak i to dziś ciekawe tylko czy w dzień czy jak się ściemni. 
 - nie wiem, ale stawiam, że wieczorem kiedy słonce będzie zachodzić i święcić nam w oczy, wtedy legion ruszy od zachodu, może zapłacę za to dymisja albo sądem wojennym, ale nie możemy ryzykować. Ogłosić cichy alarm, niech żołnierze czekają na atak. Wzmocnić posterunki i przygotować odwody do wsparcia. Niech komandosi dżungli przejdą kanałem do bunkra i niech tam zaniosą ze sobą jeszcze więcej amunicji, potem nie będzie kiedy. Kiedy już przejdą zamknąć, właz. Nikt się tamtędy nie może przedrzeć kiedy zacznie się akcja, aha i niech się nie afiszują ze siedzą w środku. Wulkany są już w pełni sprawne, niech wiec staną pod bramą i czekają aż się zacznie. Brama niech jest uchylona delikatnie, zamki będą otwarte to szybciej się otworzy po rozpoczęciu ataku, potem migiem ma się zamknąć wiec ja przesmarujcie, ma śmigać w zawiasach! Snajperzy niech się wdrapią na wierze i niech wezmą ze sobą dużo amunicji, milicja i dragoni niech też będą w pogotowiu, ale nie na murach, bo legion może niesie ciemna harmonie i chaos, ale na pewno nie jest ślepy wiec nie przesadzajmy z uzbrajaniem bazy jeszcze przed spodziewanym atakiem. To chyba tyle, możecie odejść. I niech nam sprzyja szczęście i błogosławieństwo Kardynała. Obym się mylił co do ataku, bo nie będzie to bułka z masłem... 
 Oficerowie wyszli z mesy i rozeszli się zanieść rozkazy żołnierzom, nie było czasu do stracenia niby dzień długi ale przygotowań tez dużo... 
  
 Część VI 
  
 Snajper dragonów siedział już na wierzy od jakiegoś czasu i strasznie męczył go pęcherz. Musiał się odlać bo inaczej odcedzi kartofelki w spodnie, ale nie jest to proste jak stoi się na posterunku i to czekając na atak. Nic, nie wytrzyma, musi się odlać. Rozpiął rozporek i zaczął lać z wierzy poza mury. Złoty deszczyk moczył ścianę delikatna mgiełką, a snajpera aż roznosiło szczęście, że nareszcie sobie ulżył. Słonce było już nisko niedługo będzie święcić prosto w oczy i pewnie wtedy się zacznie. Dragon założył filtr na lunetę i sprawdził czy zamek lekko chodzi. Na sąsiedniej wierzy siedział "młody", dostał niedawno snajperkę i nie mógł się nią nacieszyć, ale nieźle z niej strzelał jak na tak krótką praktykę. Obaj czekali na atak, to oni byli pierwszą linią obrony. Obaj czekali i się doczekali, z krzaków wyszli w zupełnej ciszy legioniści, nie wydawali żadnych dźwięków, po cichutku kroczyli do przodu przez krzaki i inne zarośla w kierunku bazy. Przez chwile snajperzy stali w milczeniu i patrzyli na wroga z otwartymi ustami. Było ich mnóstwo nie bardzo mogli się doliczyć ilu ich było, tylko w przybliżeniu obaj doliczyli się około 70 może 80 legionistów, a nie wiadomo ilu jeszcze kryla puszcza. W końcu "młody" się opamiętał wcisnął przycisk alarmu. 
  
 Baza ożyła z taka prędkością, że nawet na zapowiedzianych ćwiczeniach nie osiągnęła nigdy takich czasów. Milicja i dragoni migiem wlali się na mury i odbezpieczali bron czekając aż legioniści wejdą w zasięg szturmówek. Wulkany czekały pod wrotami bazy i teraz szybko odpaliły silniki i wkroczyły z strefę wojny, jaką przyszykował im los. Zaraz za nimi zamknęła się brama i byli zdani na siebie i wsparcie ogniowe kolegów z murów. Kiedy tylko legioniści trochę się zbliżyli wulkany rozpoczęły swoją ołowianą symfonie i zasypały wroga potężną lawina ognia zaporowego. Legioniści padali jak muchy, ale z lasu wychodziło ich coraz więcej. Snajperzy na wieżach tez nie próżnowali i strącali głowy przeciwników jak makówki. Niestety legioniści mimo ogromnych strat zbliżali się do bazy. Kiedy podeszli do bunkra zaterkotały strzelby komandosów dżungli. To spowodowało ze flanka legionistów zamieniła się w krwawą masę tkanek. Z drugiej strony wulkany starały się nie ustąpić pola ale marnie to wyglądało, nie mieli za dużo amunicji i było ich tylko sześć. Na szczęście z bazy wytoczyły się 2 MMG milicyjne osłaniane przez 2 małe oddziały milicji ze specami z HMG. Brama migiem się zamknęła i od razu musieli zacząć ostro kombinować, żeby ich nie roznieśli legioniści, ale się udało. Pierwszy atak przetrwali i mogli zacząć niszczyć wroga. MMG rozpoczęły ostrzał i trochę odciążyły wulkany, które mogły się wycofaj dwójkami na ładowanie amunicji do oddziałów milicji, które przyniosły skrzynie z taśmami. Kiedy zakończyła się wymiana amunicji wszystko ucichło - legioniści się skończyli!! - krzyknął snajper z uśmiechem, ale niezbyt szczerym. 
  
 Major dał rozkaz uzupełnienia strat i amunicji. Wulkany i komandosi nie mieli strat poza amunicją, ale milicjanci i dragoni na murach trochę oberwali niezbyt mocno ale to pewnie tylko początek można by rzec ze próba sil. Kiedy stan został uzupełniony do początkowego zaczęło się czekanie ... znowu... Po trzydziestu minutach baza się doczekała, wylazło to co miało ich zniszczyć, albo zrobić z nich bohaterów. 6 razyd to już nie przelewki, karnofagi w takiej liczbie, że nie było widać zarośli w których się poruszały, także nowe oddziały legionistów pokazały się na horyzoncie no i 3 Zenitiańskich Mistrzów Mordu. To już potężna armia i nie będzie łatwo z nią wygrać ... szkoda, że mieli tak niewielkie rezerwy ... zdawało się, że ktoś w dżungli strzelał, ale nie widzieli kto i nie mieli czasu na takie rozważania ... snajperzy zaczęli popis umiejętności i zaczęli młócić wśród razyd, które natychmiast ruszyły na bazę strzelając po murach zdmuchując milicjantów z pomostów. Szybko rosły straty, ale i razydy nie były niezniszczalne, jedna padła od skoordynowanego ataku dwóch snajperów którzy w jednej szybkiej akcji odstrzelili jej głowę, inną rozniosły wulkany, ale 4 nadal niosły śmierć. Nie można tez było zapomnieć o karnofagach, które zaczęły szturmować bunkier. Na szczęście komandosi radzili sobie świetnie i nie dawali nawet podejść karnofagom. Zenitiański Mistrz Mordu razem ze swoimi dwoma kolegami także ruszyli do ataku i zaczęło się robić nieciekawie, milicjanci zaczęli padać z prędkością która przeraziła majora. Na szczęście wulkany ruszyły do przodu i zmiotły razydy zajęte milicją i z 4 została jedna niestety 3 wulkany tez padły pod ogniem przeciwnika. MMG milicji eksterminował pod osłona milicjantów z oddziałów wsparcia legionistów a potem karnofagi. Oddziały odwodowe milicji już się skończyły i to co zostało na murach to wszystko. Niewiele lepiej było z dragonami, jeszcze jeden oddział plus to co na murach i koniec, nie będzie co posłać na mury a karnofagi i legioniści się wcale nie kończyli. 
  
 Snajperzy przenieśli ogień na Zenitiańskich Mistrzów Mordu było ich trzech i nieźle już namieszali, Wulkany mimo strat niszczyły jeszcze legionistów i razyde, która pozostała przy życiu, ale nie na długo, bo snajper jednym celnym strzałem w oko przeniósł ją w zaświaty, po czym wrócił do Zenitiańskich Mistrzów Mordu. Wulkany były już niemal stracone, otoczyły ich karnofagi, a i legioniści się zbliżali. Nie można było im pomoc, przynajmniej na razie. Zenitiańscy Mistrzowie Mordu nieopatrznie zbliżyli się do bunkra z komandosami i to był poważny błąd. Komandosi kiedy tylko przeciwnik zbliżył się na odległość strzału, zaczęli strzelać i mimo wielkich rozmiarów Zenitiańscy Mistrzowie Mordu musieli ulec ścianie ołowiu, która wydobywała się ze strzelb obrotowych. I ulegli, nie dali rady i padli martwi koło bunkra. W tym momencie cała uwaga bazy mogła się przenieść na wsparcie wulkanów, były już tylko dwa i mocno sponiewierane, ale była szansa na ich uratowanie. Snajperzy w tym momencie niewiele mogli zrobić, ale żołnierze na murach to już cos innego. Zaczęli walić do legionistów aż się kurzyło. Po chwili jeden wulkan padł i karnofagi oblazły go jak kraby padlinę na plaży i już było wiadomo, że nie da się go uratować snajper tylko dobrze przymierzył i roztrzaskał głowę operatora kończąc jego męczarnie. Ostatni wulkan zaczął się cofać, ale siły legionu nie przybywały z odsieczą wiec chyba koniec był bliski. Zostało już tylko około 30 karnofagow i z 10 legionistów. Komandosi wyszli z bunkra i ruszyli niszcząc karnofagi, a dragooni i wulkan roznieśli legionistów. Atak się skończył, ale jeśli miało być cos jeszcze, to nie dadzą rady. Nie mieli szans, jeśli nadejdzie jeszcze jakaś razyda albo Zenitiański Mistrz Mordu, wiec czekali... cala baza czekała... ale nic sienie działo. Nareszcie koniec. po szturmie. przetrwali i mogli się cieszyć. ale straty były gigantyczne ponad 85% milicji i dragonów nie żyła, 5 wulkanów spisanych na straty jeden MMG z poważnie uszkodzonym pancerzem. ale reszta przeżyła i mogli się cieszyć... Major stanął na murach i rozejrzał się po placu przed baza, a potem spojrzał na dżunglę. Mgły już nie było, słonce prawie zaszło i nadchodziła cudowna noc, noc, której nareszcie major zaśnie trochę spokojniejszym snem...

Kodi 2005

Komentarze