opowiadanie - Nocny wypad

Nocny wypad

 Dwaj mistycy, niczym najodważniejsi z wojowników wkroczyli w cień zalegający w kanałach Heimburga. Odgłos ich spokojnych kroków zanikał wśród szumu płynącego ścieku. Ciemność nie przeszkadzała im gdyż przewodnikiem była ich własna moc. To ona też odpowiadała za sytuacje w której się znaleźli. Nadnaturalne zdolności pozwoliły wyczuć heretyków w szkole oficerskiej w której wykładali, zaś brak rozsądku i chęć przeżycia przygody sprowadziły ich do tego mrocznego raju. 
  
  Ciągnące się minuty były dowodem wielu przebytych w ciszy kilometrów. Nieskończenie długie korytarze i zawiłe chodniki kierowały ich powoli do celu. Gdy był on już niedaleko mrok rozświetliły wystrzały pistoletów, kule przecinały powietrze od czasu do czasu rykoszetując od ścian, lecz wszystkie były nie groźne dla braci. Niczym niosący dobre słowo pasterze podeszli oni do swych wrogów powoli z miłością i żalem w oczach, po czym sukcesywnie zaczęli wypruwać z nich wnętrzności. Parali się swoimi punisherami równie biegle jak sztuką, która teraz ich chroniła. Zakończone dzieło nigdy nie zostanie odkryte - ono tak jak i szczegóły jego tworzenia pochłonęła przeklęta ciemność nieustannie zalegająca w tym odludnym miejscu. Mistycy podążyli dalej, powolnym równym tempem. Chód ten zakończył się u drzwi które wbrew rozsądkowi przekroczyli. Za nimi rozpoczęła się kolejna bitwa. Szybka szarża ratowała braci od masy pocisków wystrzeliwanych z karabinów szturmowych książęcej milicji. Posiadająca ujście moc niosła ze sobą niezliczone eksplozje, niszczące zdobione ściany i marmurowe podłogi, a także wszystko to co na nich się znajdowało. Po zrujnowanym pomieszczeniu walać się zaczęły liczne wytatuowane zwłoki ludzi których od każdego innego człowieka różnił tylko mały czerwony znaczek na czole. 
  
 - Brawo Synowie Światłości ! Jak mało komu udało Wam się zrujnować część mojej posiadłości. Czy mógłbym poznać Wasze imiona ? Zasługujecie by je wyryto tu na ścianach, będących waszymi przyszłymi płytami nagrobnymi ! 
 - Stahler - wypowiedział z zaciśniętymi zębami Avatar 
 - Cóż widzę że nie muszę się osobiście przedstawiać, Wy z resztą też. Pamiętacie przecież dobrodusznego obywatela wspaniałej korporacji wspomagającego oficerską uczelnię nie tylko pełną sakwą, ale i swą zaszczytną obecnością. Ha ! Teraz i wy nie pozostaliście dłużni i wpadliście w odwiedziny. Miło mi, szkoda tylko że muszą się one tak szybko skończyć. Giń Waltorianie ! 
  
 W tym samym momencie z za pleców spaczonego marszałka wybiegać zaczęły dziesiątki nekromutantów. Avatar okazując trzeźwość umysłu wystrzelił do lidera, który trafiony w głowę padł trupem tam gdzie stał. Zaraz po tym wojownicy rozbiegli się w dwóch kierunkach i zniknęli za różnymi drzwiami. 
 Ścigany Waltorian osłaniał się przeróżnymi zaklęciami, aż do momentu gdy znalazł doborowe miejsce dla przeciwstawienia swych mocy hordzie. Był to cienki i długi korytarz, prowadzący do zakluczonych wrót. Po chwili na jednym z jego końców zobaczył rozradowane, zmutowane twarze eksludzi. Zmierzali oni w jego kierunku nieświadomi krótkości czasu który im pozostał do spędzenia na tym świecie. Świetliste kule umożliwiły im ponowną śmierć, tym razem bez bolesną. Mistyk przyjrzał się pobojowisku, po czym z pomocą swej siły fizycznej dostał się do zamkniętej sali. Była ona naprawdę wielka, jej sufit zdobiły liczne witraże, okna na ścianach zaś były już nie oszklone. Musiała to być jakaś dawno zapomniana część tej ogromnej budowli. Podziw szybko przeszedł w odrętwienie gdy w powietrzu zawisł dziwny zapach, a pogodna atmosfera lokacji jakby gdzieś przepadła. Ktoś znalazł się za plecami sędziwego sługi Światłości. Obrócił się on i przeraził odkryciem. Waltorian gapił się na nie, nie mogąc uwierzyć w to co widzi, chwiejnie cofał się w kierunku drugich wielkich drewnianych, świadczących o bogactwie właściciela drzwi. Przed nim stało monstrum ciemno czerwonego koloru, wielkości naprawdę pokaźnej szafy. Poruszając się to wydawało dziwne odgłosy, które niosły się po całej komnacie wraz z tupotem towarzyszącym uderzeniom nóg potwora o podłoże. On istniał naprawdę, a jego oblicze wyrażało złość i nienawiść, jaką można tylko wyczuć w pobliżu przeklętych cytadel. Mistyk nawet nie myślał o walce, nie zawierzył też sztuce, gdyż w tym wypadku jego moc była zbyt słaba. Szybko obrócił się i pędem ruszył w stronę wyjścia. Słysząc za sobą coś na kształt śmiechu z całych sił pociągnął za ciężką żeliwną klamkę. To co przyszło mu po chwili oglądać załamało go - przed sobą ujrzał marszałka Stahlera. Jego dziwny pancerz na odległość śmierdział nekrobioniką, rażąca zaś rana głowy była niemym dowodem mrocznych tajemnic jej właściciela. Sytuacja była beznadziejna, razyda i jego pan blokowali wszelkie drogi ucieczki - to był już koniec. 
  
 - A więc znów się spotykamy drogi Waltorianie ? Czemuż to uciekłeś tak szybko z miejsca ostatniego naszego spotkania ? A ! Właśnie, zapomniałem ! Masz pozdrowienia od swojego przyjaciela - tego z którym przybyłeś do mojego pałacu - widziałem go przed chwilą w piekle. Przypuszczam że byśmy się tam razem świetnie bawili, lecz ja stamtąd przed chwilą wróciłem - po CIEBIE ! 
  
 Po korytarzach majątku Stahlerów niosło się dziwne echo przypominające jakby tupot wielu dziecięcych nóżek - to dziwny czerwony mutant krocząc z niespotykaną gracją ciągnął czyjeś zwłoki do lochów. Mroczna i tajemnicza atmosfera znów wypełniła wszystkie pomieszczenia, tylko czerwone plamy na starych sękatych wrotach stanowiły teraz jakby zapis na jednej ze ścian którejś z pośród katedr - nieskażony kłamstwem, będący dowodem zajść z przeszłości... 

Twórca: Papa Morino