opowiadanie - Sierżant Carter

Sierżant Carter

DZIEŃ 3. Jestem tu trzy dni. Wokół nas rozciąga się prawdziwa dżungla. Jest cieplej i bardziej parno, niż na archipelagu. Drzewa są wielkie. Nocą wydają się wysokie niczym drapacze chmur. W powietrzu wirują ćmy wielkości ptaków. Ryki tych potężnych jaszczurów nie dają mi spać. Cieszy mnie, że ogrodzenie obozu jest pod napięciem. 
 Wygląda na to, że Dews miał rację. Szykuje się coś dużego. Odkąd tu jesteśmy, po całym obozie kręcą się agenci Kartelu, a wczoraj śmigłowiec kurierski przywiózł Inkwizytora. I to nie byle jakiego. Kane'a. To naprawdę ktoś, znawca Sztuki, wróg Ciemności, jeden z nielicznych wybrańców Kardynała. Naprawdę groźny gość. Drużyna Goulda wdała się w bójkę z trzema Krwawymi Beretami, a Kane rozdzielił ich jednym ruchem ręki, jednym strumieniem mocy. Wszyscy ci faceci siedzą teraz w izolatkach. Myślę, że będą mieli sporo czasu, żeby się zaprzyjaźnić. 
  
 A jednak wciąż trochę obawiam się działania wspólnie z Imperialczykami. Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj ostrzeliwaliśmy się na plaży wyspy Bloomberga, na starym, dobrym archipelagu Graveton. Nauczyliśmy ich, że kradzież orzechów kokosowych Capitolu nie popłaca. Prawdę mówiąc, nie wstąpiłem do Wolnych Marines, mogę więc być miły dla tych Imperialnych pieniaczy. Któregoś dnia mogę do nich celować tak samo, jak do stworów Legionu Ciemności. Ale cóż można poradzić? Polityka. Wczorajsi wrogowie są dzisiejszymi przyjaciółmi. Taaa, i jutrzejszymi skrytobójczymi zdrajcami. Nie mam co do tego wątpliwości. Ale rozkaz to rozkaz. 
  
 Moi żołnierze trochę szemrzą. Oczywiście, poza Calvinem. Ten nie ma czasu, bo modli się do Kardynała. Mówią, że się nudzą. Za dużo czasu spędzają na czyszczeniu broni i wzajemnym oszukiwaniu się przy pokerze. Svenson mówi, że ten obóz to kardynalskie zadupie. Turner, że nie mają do roboty nic, poza łamaniem żeber Imperialczykom, łapaniem pcheł i strzelaniem do tych dużych, rogatych dinojaszczurów. Powiedziałem im, żeby się tym nacieszyli. Za kilka dni będą tam, w dżungli, w prawdziwej wenusjańskiej strefie walki -pierwszy raz w ich cholernym życiu. Po prostu wiem, że tym razem to nie będą przelewki. Czuję to. Wiem to tak dobrze, jak to, że nazywam się Frankie Carter. 
  
 DZIEŃ 9. Śmigłowce wysadziły dwie drużyny, moją i Goulda, a także Inkwizytora Kane'a jakieś pięćdziesiąt klików od obozu. Miła wycieczka turystyczna, unikanie drapieżnych roślin, brodzenie w rojących się od piranagatorów rzekach, wypatrywanie tych cholernych pułapek Legionu Ciemności. Zabawne, nie? Minęły dopiero dwa dni, a moi ludzie żałują już, że nie są z powrotem w bazie. Z rozrzewnieniem wspominają stare, dobre czasy, gdy nie było nic do roboty - tylko nuda i trzaskanie Beretów. Nie chciałbym im przypominać, że mówiłem, iż tak będzie, ale... 
  
 Ugryzienia tutejszych wielkich komarów musisz zszywać. Widziałem pchłę tak dużą, że proponowała mi zawody w siłowaniu na rękę. Nie zgodziłem się. Miała spore szansę na zwycięstwo. 
  
 Prawdę mówiąc, Turner nie wygląda za dobrze. Wydaje mi się, że gorączkuje. Chyba odkryliśmy nowy rodzaj malarii. Wiem, że dostał wszystkie standardowe zastrzyki. Stałem obok i widziałem jak szczepił ich lekarz. Powiedziałem Turnerowi, by oddał M89 Svensonowi. Chory nie powinien obsługiwać naszej broni ciężkiej. Mam nadzieję, że wydobrzeje. To trudny kraj, nawet dla Wolnych Marines. Mimo to, po Inkwizytorze nie widać oznak zmęczenia. Przysięgam, że ten gość nie jest człowiekiem. Albo nie powiedział nam, że pod swoim pancerzem ma zamontowaną klimatyzację. Założę się, że nie tylko o tym nas nie poinformował. Wiele bym dał, by dowiedzieć się czego szukamy. Wciąż go o to pytam, a on wciąż odpowiada - wrogów całej ludzkości. Pewnie, jakbym tego nie wiedział. No, ale cóż, jak nam powiedziano na wyspie Colby'ego, my nie jesteśmy od myślenia. 
  
 DZIEŃ 11. Dotarliśmy do czegoś, co wygląda na okolice nowej Cytadeli. Dżungla się przerzedza. W oddali wznosi się wielka, czarna wieża. Jeśli to nie jest Cytadela, to ja jestem zaginionym bratem Kardynała. Gdzieś w żołądku czuję dziwne uczucie, zawsze tak się dzieje, gdy natykam się na rzeczy związane z Ciemnością. Wiem, po prostu wiem, że wkrótce zaroi się od chodzących sztywniaków. Jeden z tych wielkich, złych nefarytów będzie wykrzykiwał rozkazy i rzucał czary, a nekromutanci będą mi proponować darmową operację na otwartym sercu, zamiast skalpelów używając tych swoich wielkich bagnetów. Zastanawiam się, dlaczego do SZC zgłosiłem się na ochotnika? Trochę też żałuję tej pijatyki, po której walnąłem starego kapitana Traska. Gdybym tego nie zrobił, za nic nie przenieśli by mnie do Wolnych Marines. No, ale to chyba i tak lepsze od smażenia hamburgerów. 
  
 Kane dał nam rozkład wart. Razem z Gouldem podwoiliśmy je, przydzieliliśmy po prostu dwóch ludzi tam, gdzie Inkwizytor rozkazał jednego. Nie ma sensu liczyć na szczęście. Reszta też będzie czuwać dwójkami. Nawet Turner. Ja stanę z nim na straży. 
  
 DZIEŃ 12. Rankiem sprawy zaczęły się toczyć szybciej. Śniłem sobie w najlepsze, że Titania Hessel, modelka z Bauhausu, robi mi masaż całego ciała, kiedy obudził mnie Svenson. 
 - Mamy kłopoty, sierżancie. - Podrapałem się w miejscu, w które ugryzł mnie komar i sięgnąłem po swojego Punishera. Wystarczyło mi spojrzeć na Svensona, by wiedzieć, że sprawy wyglądają źle. Martwił się, a ten nie przejmuje się byle czym. Byłem zadowolony, że rozbiliśmy obóz, zachowując wszelkie środki ostrożności. Ukryliśmy się tak dobrze, że nie zauważyłby nas nawet niezwykle czujny jelonek. No prawie, gdyż to, co widziałem, było tak pewne jak grzech - przed nami, na polanie, było mnóstwo żołnierzy Legionu Ciemności. Doliczyłem się przynajmniej jednej drużyny legionistów, jednej nekromutantów i kilku centurionów. Mogłem się założyć, że w otaczającej nas gęstwie czai się jeszcze więcej oddziałów. Wywołałem przez krótkofalówkę Kane'a i zapytałem go czego od nas oczekuje. 
 - Ukarania złoczyńców - odpowiedział. Powiedziałem mu, że miałem nadzieję, iż tego nie powie. Ale nie zawsze ma się to, co się lubi. 
 - Strzelaj, Svenson - rozkazałem. - Zaczynamy taniec. 
 M89 plunął śmiercią. Ślady po kulach smugowych weszły w legionistów. Kilku z nich powoli, w swym normalnym rytmie, upadło. Wiecie - tak, jakby jeszcze przez kilka sekund nie docierało do nich, że już nie żyją. Podobnie zachowują się te dinojaszczury, żyjące na bagnach. 
 Próbowałem wycelować do centuriona, ale w tym całym kłębowisku ciał nie miałem pewności, czy go trafiłem. Powiem wam coś o tych ożywieńczych legionistach. Nie znają, co znaczy słowo strach (założę się, że nie znają też kilku innych słów). Każda ludzka drużyna, która poniosłaby takie straty, uciekłaby z pola walki. A na święty prawy pośladek Kardynała, ci uczynili coś więcej. Te cholerne diabły na nas zaszarżowały. 
  
 Nie wiem jak im się to udało, ale przeszli przez ten morderczy, dzielący nas skrawek terenu. Po prostu zignorowali rzekę ołowiu, którym ich zalaliśmy. Prawdę mówiąc przypuszczam, że chłopców to trochę zdenerwowało. Na strzelnicy w porcie Mac Arthur jest łatwo. Zupełnie co innego, jeśli trzeba spokojnie celować i strzelać, gdy w twoim kierunku biegnie horda zgniłych, szczerzących kły synów Ciemności, a kule zdają się po prostu odbijać od ich pordzewiałych pancerzy. 
  
 Pamiętam, że później znalazłem się oko w oko z centurionem. Jestem dużym, silnym facetem, ale tamten był o głowę wyższy, a ważył pewnie z półtora raza tyle, co ja. Trzymał największy, najbardziej ostry miecz, jaki w życiu widziałem. Aż iskry poszły, kiedy swoim Punisherem sparowałem jego cięcie. Siła ciosu prawie wywichnęła mi obojczyk. Usłyszałem okropny, metaliczny zgrzyt i jego ostrze ześliznęło się po mojej klindze niemal odrąbałując mi głowę. Jeszcze nigdy nie cieszyłem się z moich naramienników tak bardzo, jak tego ranka. Powstrzymały moją głowę przed samowolnym oddaleniem się od reszty ciała. Kilka następnych minut było piekłem. Słyszałem huk broni automatycznej i ten dziwny wizg, jaki wydaje broń Mrocznej techniki. A później usłyszałem Kane'a, przyzywającego moc Światła i zobaczyłem potężny błysk. W jakiś sposób udało mi się odskoczyć od swego przeciwnika i wymierzyć do niego z M50. Nigdy nie zapomnę pogardliwego wyrazu, jaki przybrała twarz centuriona, gdy skoczył w moją stronę. Seria z M50 zmyła jednak ten grymas, a wraz z nim uleciała też spora część jego oblicza. Legioniści nagle przestali się ruszać, niczym marionetki, którym odcięto sznurki. Nie zamierzałem zdawać się na łaskę szczęścia. Rozkazałem swym chłopcom, żeby ich wykończyli, a sam sprawdziłem swój ekran kontrolny. Pojawiły się odczyty z identyfikatorów moich żołnierzy. Zginął Turner - wszystkie oznaki życia dawały odczyt negatywny. Svenson miał kilka skaleczeń. Z Calvinem wszystko było w porządku. Szybki rzut oka potwierdził, że wciąż miałem wszystkie kończyny. A później usłyszałem wrzask. Mam nadzieję, że do końca mych dni nie usłyszę już czegoś takiego. Zobaczyłem, że Gould i reszta jego drużyny biegnie przez polanę w naszym kierunku. 
  
 Twarz Goulda była biała. Toczył pianę z ust. Zauważyłem, że brakuje mu jednego ramienia, z urwanego kikuta lała się na ziemię czerwona krew. Z bliskich niego zarośli wyłoniło się coś dużego. W jednej dłoni trzymało wielki karabin. W drugiej brakującą rękę Goulda. Ujrzałem chłodne oczy, bezlitosną twarz i trzy rogi na głowie i dotarło do mnie, że muszę stawić czoło największemu z wrogów ludzkości, nie licząc samego Algerotha. 
 - Nefaryta! - prawie wrzasnąłem. - Strzelać! Błyskawicznie wykonałem własny rozkaz. Moje kule odbijały się od tej rzeczy. Wykrzyknęła tylko wyzwanie pod moim adresem. Nie była już taka pewna siebie, gdy Svenson władował w jej pierś serię z ciężkiego karabinu maszynowego. Tak na prawdę, to nefaryta zatoczył się i prawie upadł. Później otrząsnął się, jak pies strząsający wodę, i uniósł swą wielką broń w kierunku strzelca. Potrzebny był tylko jeden pocisk. Przeleciał przez czaszkę żołnierza jak pociąg ekspresowy. Usłyszałem odgłos podobny do tego, jaki wydaje z siebie arbuz uderzony kowalskim młotem, zobaczyłem, że Svenson pada na ziemie i spojrzałem prosto w lufę broni nefaryty. Mimo że dzieliła nas cała polana, miałem wrażenie, że zaglądam w lufę działa. Wiedziałem, że moje życie dobiega końca. Złośliwy grymas wykrzywił twarz nefaryty. Widziałem, że bawiła go ta sytuacja. 
  
 A później znikąd pojawił się Kane. Rzucił się do przodu. Widziałem błysk jego justiflera, łańcuchowy bagnet ciął rękę stwora Ciemności. Drugi cios oddzielił wykrzywioną głowę od reszty jego ciała. 
 - Niezła robota! - krzyknąłem. 
 - O jednego wroga ludzkości mniej. Chwała Kardynałowi. - Dobry, stary Kane. Zawsze ma coś krzepiącego na podorędziu. 
 Usłyszałem dźwięk obutych w żelazo stóp. 
 - Czas iść - powiedziałem. Kane przytaknął. Wydałem rozkaz odwrotu. Do miejsca, z którego miał nas zabrać helikopter było dobre pięć klików. Pokonaliśmy je w rekordowym czasie. Ogółem straciliśmy Svensona, Turnera i całą drużynę Goulda. Nie mam pojęcia, jakie straty zadaliśmy Legionowi. Wiem tylko, że niewystarczające. Calvin też wrócił. Przypuszczam, że poskutkowały jego modlitwy. Może następnym razem sam tego spróbuję.