Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arcydzieła kinematografii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą arcydzieła kinematografii. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lutego 2009

Arcydzieła Kinematografii Światowej: The Asylum Presents

Przy okazji opisu Death Racers wspomniałem o wytwórni Asylum - mistrzach filmowej kaszany, którzy jakiś czas temu wymyślili świetny pomysł na biznes: w czasie premiery potencjalnego hitu wypuszczają film o podobnym tytule, okładce itd. W kolejności bolesnego oglądania:

"Alien vs. Hunter" (nie mylić z Alien vs. Predator) - gdzieś w Rednekowie Górnym, zamieszkałym najwyraźniej przez sześć osób, rozbijają się dwa statki kosmiczne. Pierwszy przywozi kosmiczną maszynę do zabijania: obcego będącego połączeniem wielkiego pająka, centaura i karczocha. W drugim przybywa kosmiczny łowca - humanoid w pancerzu, który słowo daję byłbym w stanie odtworzyć z przedmiotów w mojej kuchni. Serio, hełm z miski, maska z sitka itd.To chyba jedyny film na świecie w którym nakręcony materiał był krótszy niż sam film, powtórek raczej nie było a są sceny powtarzające się ('efekty'). Do tego aktorzy ewidentnie improwizują a cały scenariusz sprowadza się do biegania po lesie. Musze jednak przyznać że było coś radosnego w tej niezdarności twórców, całkowitym braku zdolności aktorskich i kadrowaniu ucinającym głowy.

"I am Omega" (nie mylić z I am legend) - dość zaskakujący jak na Asylum, pierwszą połowę da się normalnie obejrzeć. Na plus: po pierwsze gra Mark Dacascos (serialowy Kruk, iirc pierwsze miejsce na któryś mistrzostwach Europy w karate jakimś), który nie jest może dobrym aktorem ale zombiaki po ryjach kopie rewelacyjnie, po drugie rewelacyjnie kopie po ryjach zombiaki. Końcówka szaleje z ilością głupot, kolo wysadza całe miasto (to nawet brzmi absurdalnie) własnoręcznie robionymi bombami a trzy postrzały w klatkę piersiową z point blanka zalepia plasterkiem (aż myślałem że to taki twist i okaże się też zombie). Las ten sam co w AvH nawet ta sama szopa występuje.

"Legion of the dead" (nie mylić z chyba Mumią? Nie wiem. Może to całkiem oryginalny film miał być) - gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych przez przypadek zostaje znaleziony Egipski grobowiec (tak, tak, to ma nawet sens jak nad tym dłużej pomyśleć) (nie tak naprawdę nie ma) a w nim zmumifikowane szczątki złej kapłanki. Jak zwykle w takich sytuacjach (komu to się nie zdarzyło) ktoś wypowiada starożytne zaklęcie i zaczyna się horror. Kapłanka zabija będących pod ręką studentów archeologii i wzywa tytułowy legion (sześć) mumii. "Legion" schodzi w większości chwil do poziomu żenady ale ta zła Egipcjanka... ach, och, piękna aktorka o egzotycznej urodzie, perska księżniczka normalnie.

"Invasion of the pod people" (nie mylić z Invasion) - kolejna wariacja na temat "Inwazji porywaczy ciał". Agencja modelek zostaje zinfiltrowana przez imitujących ludzi roślinnych kosmitów (w tej roli korzeń imbiru). Spisek odkrywa jedna z pracownic zauważając zmiany w zachowaniu koleżanek, które nagle stały się napalonymi lesbijkami. Wait, what?! Niestety to tylko brzmi jak najlepszy film ever, w rzeczywistości jest jeszcze gorszy niż AvH, w tamtym przynajmniej nieudolność twórców śmieszyła. Film został nakręcony chyba z ręki i w ciągu jednego dnia, dźwięk jest nagrywany też z kamery więc postaci oddalonych o dwa metry już nie słychać. Gra aktorska nie istnieje, w scenariuszu(?) są jakieś bzdurne przeskoki. A mogli zrobić jakieś porządne soft porno przynajmniej z tego... ;) Film wyszedł w Polsce pod tytułem "Inwazja zabójczych klonów". Acha, jedyny z filmów nie kręcony w tym samym lesie.

"100 million BC" (nie mylić z 10.000 BC) - grupa komandosów przenosi się w czasie aby uratować zaginioną ekspedycję. Pierwsza połowa filmu to bieganie po krzakach i ataki niewiarygodnie źle zrobionych komputerowych dinozaurów i jeszcze gorszego kukiełkowego krokodyla (w każdym razie jakiegoś wodnego stwora). Acha i plujące kwasem rośliny jeszcze, jak to dobrze że wyginęły swoją drogą ;). W drugiej połowie za bohaterami do teraźniejszości przenosi się wielki drapieżny dinozaur (nie wiem jaki, w trakcie filmu zmienia wielkość i kolor, może jakiś przodek kameleona) i zamiast biegania po krzakach jest bieganie po mieście. Jest nawet taki dialog: "-Wiesz co to znaczy? -Tak więcej biegania". Oczywiście armia USA nie jest przygotowana na atak wściekłego dinozaura*, co mu przecież mogą zrobić? Na szczęście sytuację ratuję bohater, wrzucając maszynę do podróży w czasie do wnętrza gada (wyglądało to jeszcze głupiej niż brzmi, serio) i wysyłając go z powrotem w przeszłość. Mimo całkowitej kaszanowości film miał jeden zamierzenie śmieszny moment: gdy rozbitek w czasie malował na ścianie jaskini lądujące na ziemi ufo, ot tak żeby zamieszać przeszłym archeologom.

Nie mogę się doczekać "Transmorfers" i "Snakes on the train"...

*Ciekawe swoją drogą czy Homeland Security ma gotowe scenariusze i procedury na wypadek ataku dinozaurów czy epidemii zombie? Powinni, nie znasz dnia ani godziny...

czwartek, 27 listopada 2008

Arcydzieła Kinematografii Światowej: Death Race x 3

"Death Race 2000" czyli oryginał - absurdalne cudowne widowisko. David Carradine ubrany jak luchador z zacięciem do bdsm to Frankenstein - najsłynniejszy zawodnik ukochanego sportu Ameryki przyszłości: Death Race. Zawodnicy jadą w uzbrojonych samochodach przez Stany zdobywając punkty za potrącone osoby (emeryci i dzieci dają bonusowe punkty, nie ma niestety kategorii 'studenci'). Do tego fajna (really!) rola Sylwestra Stallone, jako Machine Gun Joe jest rewelacyjny (btw w pewnym momencie filmu Sly zostaje pobity przez Carradine, filmowcy przebili to nierealnością chyba dopiero jak Brendan Fraser sklepał Jeta Li w ostatniej mumiji). Absolutny klasyk, zasłużenie kultowy.


"Death Race" czyli remake - film niestety robiony na poważnie. Główny bohater, były kierowca rajdowy, trafia do więzienia. Jak się okazuje został wrobiony żeby mógł wystartować w urządzanym w rzeczonym zakładzie karnym wyścigu. Nie ma rozjeżdżanie przechodniów, jest jazda w kółko po przygotowanym torze i strzelanie do innych zawodników. Film bardzo dynamiczny, sprawnie zrealizowany, no i Statham w roli głównej ale zupełnie mi nie podszedł. Brak mu szaleństwa i auto(!)dystansu oryginału. Ciekawostka: David Carradine podstawia głos pierwszemu Frankensteinowi na początku filmu. Głupotka do obejrzenia ale niestety za mało zły żeby być dobry.

"Death Racers" czyli na The Asylum można zawsze liczyć - gdy tylko rozejdzie się wieść o produkowanym nowym potencjalnym przeboju, robią film z podobnym albo takim samym tytułem. Szaleniec rządzący sektorem więziennym grozi zatruciem wodociągów, władze w odpowiedzi urządzają wyścig - zwycięży ten kto przebije się do centrum więzienia i zabije terrorystę. Tak, fabuła nie trzyma się kupy. Cały film w ogóle sprawia wrażenie wielkiej radosnej improwizacji; klasyczny film klasy Z, są eksplozje, golizna, cyborgi gwałciciele a aktorzy nawet nie udają że umieją grać - jednym słowem rewelacja. Jeśli można mówić o jakiś bohaterach głównych to najbliżej będą Insane Clown Posse - grani przez muzyków/wrestlerów z zespołu ...Insane Clown Posse; widać że chłopaki się przy kręceniu nieźle bawili, do tego zrobili 99% muzyki do filmu (pozostały kawałek to ukradziona i zmiksowana muzyka z Predatora) - całkiem fajnego hip-hopu.

Bonus: "Postal" - Uwe nakręcił ten film chyba tylko żeby jak najbardziej wkurwić amerykanów, żarty są na najniższym możliwym poziomie, czasami wręcz obleśnie, i nie oszczędzają nikogo od osób niepełnosprawnych do ofiar holokaustu i 9/11. Dawno nie ubawiłem się tak na żadnym filmie, idealny na mocno zakrapianą imprezę z kumplami, choć być może nie dla każdego - może są gdzieś ludzie, którzy nie popłaczą się ze śmiechu przy scenie strzelania do dzieci ;) Dopiero po tym filmie zrozumiałem geniusz Uwe Bolla i oficjalnie go przepraszam za wszystkie złe słowa na temat poprzednich produkcji.

czwartek, 18 września 2008

Arcydzieła Kinematografii Światowej albo 'z budżetu starczyło na kamerę a nawet trochę zostało!'

Nowy cykl prezentujący najwybitniejsze dokonania filmowców z całego świata.

"Zombie Strippers" - taki pomysł musiał wypalić: wojskowy wirus zamieniający ludzi w krwiożercze zombie (a jakże, po obejrzeniu n filmów można odnieść wrażenie że celem wszystkich naukowców świata jest wywołanie apokalipsy zombie) zaraża striptizerki z nielegalnego (w otwierającej film rewelacyjnej sekwencji newsów jest informacja o delegalizacji pornografii przez administrację pozostającego na jużktórejśtam kadencji Busha [btw warto czytać paski informacyjne w tej scenie - o wykupieniu przez Arabię Saudyjską Białego Domu itd.]), którym nie przeszkadza to w dalszym wykonywaniu zawodu i zjadaniu klientów (tak to cały czas jest jedno zdanie). Film chwilami przesadza z poziomem obleśności żartu - spada nawet poniżej naszych knajpianych pogaduszek z kumplami, ale nic to, generalnie film humorem stoi i to chwilami całkiem niezłym (w swojej klasie). Do tego Jenna Jemeson, przedstawienie głównych postaw filozoficznych (do obejrzenia przed maturą!), zabawa konwencją i bezczelne nabijanie się z mniejszości etnicznych. Absolutna perełka do obejrzenia z rodziną w niedzielne popołudnie.

Australijski "Zombie z Berkeley" (Undead) zachwalał ktoś w Science Fiction & Horror (chyba jeszcze zanim mieli &Horror) i jak się okazuje całkiem słusznie. Na małe miasteczko spadają meteoryty zamieniające ludzi w zombie, bohaterka - tegoroczna laureatka Królowej Pastwiska za wiązanie bydła na czas próbuje akurat wyjechać z miasta gdy rozpętuje się piekło. Na szczęście z pomocą przychodzi tajemniczy nieznajomy - mroczny bohater w ogrodniczkach, słomkowym kapeluszu i w butach z ostrogami. Jak na tą klasę to zaskakująco niezły film, dają radę fabuła, efekty i twist na koniec. Do tego sporo humoru, w polskiej wersji spotęgowanego lektorem* - jedna z postaci: szeryf, przeklina non-stop, jego wypowiedzi to nieustający ciąg "fuckyoufuckingcocksuckerfuck!" ale w tłumaczeniu nie pada żadne przekleństwo aż do momentu uwaga "do diaska". Nie wiem czy to świadome nawiązanie do skeczu Stuhra ale ubawiło wszystkich setnie.
* Lektor jest fajny na imprezach gdzie ludzie nie znają angielskiego, trudno się czyta napisy i polewa wódkę jednocześnie.


"Martwe Mięso" kupiłem bo usłyszałem że w filmie jest krowa zombie. Krowa zombie! To chyba wystarczy za recenzję - takiej atrakcji nie można przegapić (choć można by się przyczepić że jest tylko przez chwilę i nie widoczna wyraźnie - ale hej, to oznaka dobrego horroru). Mięso z BSE zamieniło Irlandzkich rolników w zombie, 'miastowa' dziewczyna zachowująca podejrzanie zimną krew (i rzucające butami na obcasach niczym shurikenami) próbuje przeżyć i dostać się do cywilizacji. Ładne wiejskie plenery, irlandzki akcent, wspominałem o krowie zombie?

"Ognisty Przybysz" na pudełku ma nalepkę "Na podstawie pomysłu Williama Shatnera" co jest dziwne bo raczej nie ma się czym chwalić patrząc na jego poprzednie dokonania ("I'm William Shatner I can screw anything"). Ze Słońca przybywa żywy ogień potrafiący samemu się przemieszczać i opętywać ludzi (hej, to można podciągnąć pod ogniste zombie! to tematycznie by wyszło); przeciw niemu staje dwóch strażaków, podejmując nierówną walkę na przekór agentom złowrogiej Amerykańskiej Agencji Pożarnictwa. Smutne jest gdy w filmie klasy Z aktorzy próbują grać całkowicie na poważnie, prym w drewnie wiedzie tu Robert Beltran - jest jeszcze gorszy niż w Voyagerze, koleś musie mieć polskie korzenie. Film z tak złych że aż złych niestety.
Oceny filmów są oczywiście zbędne - jak wskazuje tytuł wszystko to są obowiązkowe arcydzieła.

Next on AKŚ! -> Death Race x 3!