Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2019

Blogując na puszczy 1 - Warcry, GAMA i takie tam

Słowo 'puszcza' dawniej oznaczało pustkowie, więc niestety Jan Chrzciciel jednak nie krzyczał na tury (takie krówki większe, nie że z kimś na zmianę się darli). Niemniej pasuje w tytule bo a) 'z lasu', 2) nikt tego nie będzie czytał, i c) lepszego tytułu nie mogłem wymyślić na wpisy o niczym - takie podsumowanie newsików i tego co ostatnio jest akurat na tapecie - nieregularne najpewniej :)


Na GAMA Trade Show GW pokazało sporo nowego stuffu, w tym zapowiadające się rewelacyjnie Warcry (tak, karcianka Warhammerowa o tej nazwie też była). Bandy barbarzyńców walczą w ruinach o chwałę i przychylność bogów Chaosu. Czyli to co jest best in lajf. Conan, Frazetta, Manowar, strzelnica. Wydaje się że w starterze będą dwie grupy: minimalnie bardziej cywilizowana z jakimiś kawałkami pancerza i tacy bardziej z lasu (yay! :D) Jest nawet frakcja z symbolem dwóch węży ;)





Z ciekawszych rzeczy jeszcze: nowy model Kala Jerico do Necromundy, dodatek z elitarnymi jednostkami do Kill Teama i uwaga: heretycki komisarz do Czarnej Fortecy.


No i oczywiście niziołki! Drużyna knypków do Blood Bowla gdzie JEDEN MA NA GŁOWIE WIEWIÓRKĘ! WIEWIÓRKĘ! I ONA TEŻ CHCE GRAĆ! <3 p="">


Pozaludkowo - w kinach jest Battle Angel: Alita na podstawie mangi, którą uwielbiałem gdy wyszła u nas w 2003 wydana przez JPF. Zupełnie nie chce mi się pisać recki ale w skrócie film bardzo zaskoczył pozytywnie, chyb najlepsza adaptacja mangi do tej pory i co najważniejsze broni się całkowicie jako po prostu przygodowy film SF. Dostaje znak jakości Dziadu Poleca ;)

Chyba jeszcze tylko dziś można zamówić pierwszy tom Księgi Tradycyjnego Obozowania z wydawnictwa Stary Wspaniały Świat. Wcześniejsze ich pozycje były świetne więc to biorę w ciemno :)




czwartek, 28 października 2010

Knowing / Zapowiedź - Kosmici to dupki

spoilers ahead
Będzie krótko w ramach reklamy społecznej i ostrzeżenia przed wypożyczeniem. 'Wypożyczeniem' wink wink.
Dlaczego wykładowca zadaje filozoficzne pytania na lekcji astronomii? Dlaczego na rzeczonej lekcji mają poziom zagadnień z podstawówki? Dlaczego niesamowicie zaawansowani kosmici nie mogą normalnie porozumieć się z ludźmi? Po co ostrzeżenia przed katastrofami skoro nie ma na nie wpływu? Czy kosmici byli odpowiednikiem forumowych trolli? Na wielkim statku mieszczą się tylko dwie osoby i para królików? Zostawiacie małe dzieci na obcej planecie bez zasobów i jednym królikiem na głowę do żarcia? Bez paczki zapałek i zestawu do survivalu przynajmniej? Czy Nicolas Cage ma jeszcze inne wyrazy twarzy? Po co oglądałem to do końca?!
Ale fajne efekty były...

piątek, 19 marca 2010

Repo! The Genetic Opera

Szpinak, brukselka, whisky, kompot z suszu, musicale - w życiu nie myślałem że mogę te rzeczy polubić ale najwyraźniej ludzie zmieniają się na starość, przy czym do musicali przekonał mnie dwoma kawałkami Whedon* zwłaszcza rewelacyjnym Doktorem Horrible (serio, dziadu poleca, absolutny must-see).
Ale wracając do genetycznej opery. Zarys fabuły z grubsza: w niedalekiej przyszłości funkcjonuje korporacja zajmująca się handlem organami (wewnętrznymi, nie instrumentami muzycznymi silly). W umowie sprzedaży jest jednak drobny druk: w razie opóźnień w spłacie kredytu wkraczają polujący na klientów Repo Men a przykładowa nerka wraca do sprzedawcy.

Od razu rzuca się w oczy że jest to scenariusz sceniczny choć przerobiony na potrzeby filmu, jedna z postaci jest klasycznym narratorem a końcówka dosłownie dzieje się w teatrze. Wizualnie jednak mimo pewnej umowności prezentuje się nieźle i mrocznie, jest umiarkowana ilość efektów (jak bardzo fajne holograficzne oczy) i całkiem sporo gore (wnętrzności, odpadające twarze i taki tam mocno nieapetyczny stuff). Muzycznie podeszło mi powiedzmy powyżej średniej ale "miałem lepsze", niektóre kawałki odrobinę za bardzo udziwnione na mój plebejski gust.
Film jest raczej offowy więc bardzo znanych twarzy nie ma, poza Paris Hilton, która nie wkurza a nawet ma całkiem zabawnie autoironiczną rólkę dziedziczki uzależnionej od operacji plastycznych. Z obsady skojarzyłem jeszcze tylko Antony Heada swoją drogą lepiej śpiewającego od rzeczonej Paris. Film jest ...mocno specyficzny (żeby nie powiedzieć dziwny) ale ma jakiś niesamowity urok. Podobno tak jak sceniczny pierwowzór ma status kultowego i w zasadzie się nie dziwię.
BTW Dziś ma amerykańską premierę Ripoff Repo Men - film, o którym po obejrzeniu zwiastuna myślałem że jest mainstreamowym remakiem (firefox się właśnie poddał i już nie podkreśla) a to po protu taki zbieg okoliczności jest...

*Tak osobiście, wpadł z piwem, dwoma dvdkami i tragarzami...

piątek, 8 stycznia 2010

Moon

Spore zaskoczenie - niehollywoodzki film science fiction z Hollywoodu; całkowicie odmienny od ostatnich blockbusterów typu Transformers czy 2012, kameralny, powiedziałbym 'oldschoolowy'.
Sam Bell (Sam Rockwell, którego kojarzę tylko z Aniołków Charliego i zapowiedzi drugiego Iron Mana[edit: no i przecież jako prezydenta galaktyki, przypomniałem sobie]) pracuje w zakładzie wydobywającym izotop hel-3 z gleby księżycowej, w zasadzie nadzoruje tylko samodzielne kombajny. Robota gorsza od helpdesku IT - jest całkowicie sam nie licząc pomagającego w bazie robota, do końca trzyletniego kontraktu zostały co prawda tylko dwa tygodnie ale za to łączność z Ziemią nie działa, na dodatek chyba zaczyna wariować... Od początku filmu, mimo że nic specjalnego się nie dzieje, panuje uczucie grozy - jakiegoś nieuchronnego nieszczęścia. Do tego obok kręci się, najwyraźniej coś ukrywający robot - może i mówi głosem Kevina Spacey i wydaje się przyjazny ale od czasu obejrzenia Saturna 3 będąc dzieckiem, mam traumę i nie ufam skubańcom. Nie zdradzając fabuły: dzieje się, niespiesznie ale dzieje się, a przeczucia że coś jest w całej sytuacji nie tak są jak najbardziej trafne.
Film chwilami dość dosłownie nawiązuje do klasyki: robot ma 'oczko' niczym Hal a jedno z końcowych ujęć jest kalką z finału Odysei. Generalnie skojarzył mi się ze starymi książkami i filmami sf, może przez hełmofony niczym z radzieckich produkcji. Efekty są spektakularne ale w nietypowy sposób, nie ma eksplozji czy trójokich małży z Marsa są za to piękne zimne krajobrazy Księżyca jeszcze podkreślające uczucie odosobnienia (koniecznie w HD!). Do tego nienarzucająca się ale stanowiąc świetne tło muzyka. Dziadu poleca innym dziadom wychowanym na starym SF.
Podziękowania dla Proforum, z którego dowiedziałem się o filmie i dla mojego dealera :)

środa, 11 lutego 2009

Arcydzieła Kinematografii Światowej: The Asylum Presents

Przy okazji opisu Death Racers wspomniałem o wytwórni Asylum - mistrzach filmowej kaszany, którzy jakiś czas temu wymyślili świetny pomysł na biznes: w czasie premiery potencjalnego hitu wypuszczają film o podobnym tytule, okładce itd. W kolejności bolesnego oglądania:

"Alien vs. Hunter" (nie mylić z Alien vs. Predator) - gdzieś w Rednekowie Górnym, zamieszkałym najwyraźniej przez sześć osób, rozbijają się dwa statki kosmiczne. Pierwszy przywozi kosmiczną maszynę do zabijania: obcego będącego połączeniem wielkiego pająka, centaura i karczocha. W drugim przybywa kosmiczny łowca - humanoid w pancerzu, który słowo daję byłbym w stanie odtworzyć z przedmiotów w mojej kuchni. Serio, hełm z miski, maska z sitka itd.To chyba jedyny film na świecie w którym nakręcony materiał był krótszy niż sam film, powtórek raczej nie było a są sceny powtarzające się ('efekty'). Do tego aktorzy ewidentnie improwizują a cały scenariusz sprowadza się do biegania po lesie. Musze jednak przyznać że było coś radosnego w tej niezdarności twórców, całkowitym braku zdolności aktorskich i kadrowaniu ucinającym głowy.

"I am Omega" (nie mylić z I am legend) - dość zaskakujący jak na Asylum, pierwszą połowę da się normalnie obejrzeć. Na plus: po pierwsze gra Mark Dacascos (serialowy Kruk, iirc pierwsze miejsce na któryś mistrzostwach Europy w karate jakimś), który nie jest może dobrym aktorem ale zombiaki po ryjach kopie rewelacyjnie, po drugie rewelacyjnie kopie po ryjach zombiaki. Końcówka szaleje z ilością głupot, kolo wysadza całe miasto (to nawet brzmi absurdalnie) własnoręcznie robionymi bombami a trzy postrzały w klatkę piersiową z point blanka zalepia plasterkiem (aż myślałem że to taki twist i okaże się też zombie). Las ten sam co w AvH nawet ta sama szopa występuje.

"Legion of the dead" (nie mylić z chyba Mumią? Nie wiem. Może to całkiem oryginalny film miał być) - gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych przez przypadek zostaje znaleziony Egipski grobowiec (tak, tak, to ma nawet sens jak nad tym dłużej pomyśleć) (nie tak naprawdę nie ma) a w nim zmumifikowane szczątki złej kapłanki. Jak zwykle w takich sytuacjach (komu to się nie zdarzyło) ktoś wypowiada starożytne zaklęcie i zaczyna się horror. Kapłanka zabija będących pod ręką studentów archeologii i wzywa tytułowy legion (sześć) mumii. "Legion" schodzi w większości chwil do poziomu żenady ale ta zła Egipcjanka... ach, och, piękna aktorka o egzotycznej urodzie, perska księżniczka normalnie.

"Invasion of the pod people" (nie mylić z Invasion) - kolejna wariacja na temat "Inwazji porywaczy ciał". Agencja modelek zostaje zinfiltrowana przez imitujących ludzi roślinnych kosmitów (w tej roli korzeń imbiru). Spisek odkrywa jedna z pracownic zauważając zmiany w zachowaniu koleżanek, które nagle stały się napalonymi lesbijkami. Wait, what?! Niestety to tylko brzmi jak najlepszy film ever, w rzeczywistości jest jeszcze gorszy niż AvH, w tamtym przynajmniej nieudolność twórców śmieszyła. Film został nakręcony chyba z ręki i w ciągu jednego dnia, dźwięk jest nagrywany też z kamery więc postaci oddalonych o dwa metry już nie słychać. Gra aktorska nie istnieje, w scenariuszu(?) są jakieś bzdurne przeskoki. A mogli zrobić jakieś porządne soft porno przynajmniej z tego... ;) Film wyszedł w Polsce pod tytułem "Inwazja zabójczych klonów". Acha, jedyny z filmów nie kręcony w tym samym lesie.

"100 million BC" (nie mylić z 10.000 BC) - grupa komandosów przenosi się w czasie aby uratować zaginioną ekspedycję. Pierwsza połowa filmu to bieganie po krzakach i ataki niewiarygodnie źle zrobionych komputerowych dinozaurów i jeszcze gorszego kukiełkowego krokodyla (w każdym razie jakiegoś wodnego stwora). Acha i plujące kwasem rośliny jeszcze, jak to dobrze że wyginęły swoją drogą ;). W drugiej połowie za bohaterami do teraźniejszości przenosi się wielki drapieżny dinozaur (nie wiem jaki, w trakcie filmu zmienia wielkość i kolor, może jakiś przodek kameleona) i zamiast biegania po krzakach jest bieganie po mieście. Jest nawet taki dialog: "-Wiesz co to znaczy? -Tak więcej biegania". Oczywiście armia USA nie jest przygotowana na atak wściekłego dinozaura*, co mu przecież mogą zrobić? Na szczęście sytuację ratuję bohater, wrzucając maszynę do podróży w czasie do wnętrza gada (wyglądało to jeszcze głupiej niż brzmi, serio) i wysyłając go z powrotem w przeszłość. Mimo całkowitej kaszanowości film miał jeden zamierzenie śmieszny moment: gdy rozbitek w czasie malował na ścianie jaskini lądujące na ziemi ufo, ot tak żeby zamieszać przeszłym archeologom.

Nie mogę się doczekać "Transmorfers" i "Snakes on the train"...

*Ciekawe swoją drogą czy Homeland Security ma gotowe scenariusze i procedury na wypadek ataku dinozaurów czy epidemii zombie? Powinni, nie znasz dnia ani godziny...

czwartek, 27 listopada 2008

Arcydzieła Kinematografii Światowej: Death Race x 3

"Death Race 2000" czyli oryginał - absurdalne cudowne widowisko. David Carradine ubrany jak luchador z zacięciem do bdsm to Frankenstein - najsłynniejszy zawodnik ukochanego sportu Ameryki przyszłości: Death Race. Zawodnicy jadą w uzbrojonych samochodach przez Stany zdobywając punkty za potrącone osoby (emeryci i dzieci dają bonusowe punkty, nie ma niestety kategorii 'studenci'). Do tego fajna (really!) rola Sylwestra Stallone, jako Machine Gun Joe jest rewelacyjny (btw w pewnym momencie filmu Sly zostaje pobity przez Carradine, filmowcy przebili to nierealnością chyba dopiero jak Brendan Fraser sklepał Jeta Li w ostatniej mumiji). Absolutny klasyk, zasłużenie kultowy.


"Death Race" czyli remake - film niestety robiony na poważnie. Główny bohater, były kierowca rajdowy, trafia do więzienia. Jak się okazuje został wrobiony żeby mógł wystartować w urządzanym w rzeczonym zakładzie karnym wyścigu. Nie ma rozjeżdżanie przechodniów, jest jazda w kółko po przygotowanym torze i strzelanie do innych zawodników. Film bardzo dynamiczny, sprawnie zrealizowany, no i Statham w roli głównej ale zupełnie mi nie podszedł. Brak mu szaleństwa i auto(!)dystansu oryginału. Ciekawostka: David Carradine podstawia głos pierwszemu Frankensteinowi na początku filmu. Głupotka do obejrzenia ale niestety za mało zły żeby być dobry.

"Death Racers" czyli na The Asylum można zawsze liczyć - gdy tylko rozejdzie się wieść o produkowanym nowym potencjalnym przeboju, robią film z podobnym albo takim samym tytułem. Szaleniec rządzący sektorem więziennym grozi zatruciem wodociągów, władze w odpowiedzi urządzają wyścig - zwycięży ten kto przebije się do centrum więzienia i zabije terrorystę. Tak, fabuła nie trzyma się kupy. Cały film w ogóle sprawia wrażenie wielkiej radosnej improwizacji; klasyczny film klasy Z, są eksplozje, golizna, cyborgi gwałciciele a aktorzy nawet nie udają że umieją grać - jednym słowem rewelacja. Jeśli można mówić o jakiś bohaterach głównych to najbliżej będą Insane Clown Posse - grani przez muzyków/wrestlerów z zespołu ...Insane Clown Posse; widać że chłopaki się przy kręceniu nieźle bawili, do tego zrobili 99% muzyki do filmu (pozostały kawałek to ukradziona i zmiksowana muzyka z Predatora) - całkiem fajnego hip-hopu.

Bonus: "Postal" - Uwe nakręcił ten film chyba tylko żeby jak najbardziej wkurwić amerykanów, żarty są na najniższym możliwym poziomie, czasami wręcz obleśnie, i nie oszczędzają nikogo od osób niepełnosprawnych do ofiar holokaustu i 9/11. Dawno nie ubawiłem się tak na żadnym filmie, idealny na mocno zakrapianą imprezę z kumplami, choć być może nie dla każdego - może są gdzieś ludzie, którzy nie popłaczą się ze śmiechu przy scenie strzelania do dzieci ;) Dopiero po tym filmie zrozumiałem geniusz Uwe Bolla i oficjalnie go przepraszam za wszystkie złe słowa na temat poprzednich produkcji.

piątek, 19 września 2008

W przyszłości graficy sa jeszcze bardziej leniwi a dystrybutorzy bezczelni

Panie Staśku zdecydowałem że polska okładka będzie inna od oryginalnej, wrzuci tu pan jakiś statek kosmiczny z innego filmu najlepiej taki mało charakterystyczny żeby sie nikt nie przyczepił.

czwartek, 18 września 2008

Arcydzieła Kinematografii Światowej albo 'z budżetu starczyło na kamerę a nawet trochę zostało!'

Nowy cykl prezentujący najwybitniejsze dokonania filmowców z całego świata.

"Zombie Strippers" - taki pomysł musiał wypalić: wojskowy wirus zamieniający ludzi w krwiożercze zombie (a jakże, po obejrzeniu n filmów można odnieść wrażenie że celem wszystkich naukowców świata jest wywołanie apokalipsy zombie) zaraża striptizerki z nielegalnego (w otwierającej film rewelacyjnej sekwencji newsów jest informacja o delegalizacji pornografii przez administrację pozostającego na jużktórejśtam kadencji Busha [btw warto czytać paski informacyjne w tej scenie - o wykupieniu przez Arabię Saudyjską Białego Domu itd.]), którym nie przeszkadza to w dalszym wykonywaniu zawodu i zjadaniu klientów (tak to cały czas jest jedno zdanie). Film chwilami przesadza z poziomem obleśności żartu - spada nawet poniżej naszych knajpianych pogaduszek z kumplami, ale nic to, generalnie film humorem stoi i to chwilami całkiem niezłym (w swojej klasie). Do tego Jenna Jemeson, przedstawienie głównych postaw filozoficznych (do obejrzenia przed maturą!), zabawa konwencją i bezczelne nabijanie się z mniejszości etnicznych. Absolutna perełka do obejrzenia z rodziną w niedzielne popołudnie.

Australijski "Zombie z Berkeley" (Undead) zachwalał ktoś w Science Fiction & Horror (chyba jeszcze zanim mieli &Horror) i jak się okazuje całkiem słusznie. Na małe miasteczko spadają meteoryty zamieniające ludzi w zombie, bohaterka - tegoroczna laureatka Królowej Pastwiska za wiązanie bydła na czas próbuje akurat wyjechać z miasta gdy rozpętuje się piekło. Na szczęście z pomocą przychodzi tajemniczy nieznajomy - mroczny bohater w ogrodniczkach, słomkowym kapeluszu i w butach z ostrogami. Jak na tą klasę to zaskakująco niezły film, dają radę fabuła, efekty i twist na koniec. Do tego sporo humoru, w polskiej wersji spotęgowanego lektorem* - jedna z postaci: szeryf, przeklina non-stop, jego wypowiedzi to nieustający ciąg "fuckyoufuckingcocksuckerfuck!" ale w tłumaczeniu nie pada żadne przekleństwo aż do momentu uwaga "do diaska". Nie wiem czy to świadome nawiązanie do skeczu Stuhra ale ubawiło wszystkich setnie.
* Lektor jest fajny na imprezach gdzie ludzie nie znają angielskiego, trudno się czyta napisy i polewa wódkę jednocześnie.


"Martwe Mięso" kupiłem bo usłyszałem że w filmie jest krowa zombie. Krowa zombie! To chyba wystarczy za recenzję - takiej atrakcji nie można przegapić (choć można by się przyczepić że jest tylko przez chwilę i nie widoczna wyraźnie - ale hej, to oznaka dobrego horroru). Mięso z BSE zamieniło Irlandzkich rolników w zombie, 'miastowa' dziewczyna zachowująca podejrzanie zimną krew (i rzucające butami na obcasach niczym shurikenami) próbuje przeżyć i dostać się do cywilizacji. Ładne wiejskie plenery, irlandzki akcent, wspominałem o krowie zombie?

"Ognisty Przybysz" na pudełku ma nalepkę "Na podstawie pomysłu Williama Shatnera" co jest dziwne bo raczej nie ma się czym chwalić patrząc na jego poprzednie dokonania ("I'm William Shatner I can screw anything"). Ze Słońca przybywa żywy ogień potrafiący samemu się przemieszczać i opętywać ludzi (hej, to można podciągnąć pod ogniste zombie! to tematycznie by wyszło); przeciw niemu staje dwóch strażaków, podejmując nierówną walkę na przekór agentom złowrogiej Amerykańskiej Agencji Pożarnictwa. Smutne jest gdy w filmie klasy Z aktorzy próbują grać całkowicie na poważnie, prym w drewnie wiedzie tu Robert Beltran - jest jeszcze gorszy niż w Voyagerze, koleś musie mieć polskie korzenie. Film z tak złych że aż złych niestety.
Oceny filmów są oczywiście zbędne - jak wskazuje tytuł wszystko to są obowiązkowe arcydzieła.

Next on AKŚ! -> Death Race x 3!

środa, 16 lipca 2008

Mutant Chronicles daje rade!

Internet jest niesamowitą rzeczą, nie tylko umożliwia przesyłanie informacji na olbrzymie odległości ale także najwyraźniej w czasie. Można już znaleźć oczekiwany z niecier- pliwością przez "środowisko" niewydany jeszcze film na podstawie RPGa Mutant Chronicles. Może "na postawie" to za mocne słowa, powiedzmy "inspirowanego".
W dalekiej przyszłości Mega korporacje walczą ze sobą o ostatnie zasoby Ziemi, gdzieś na terenach dzisiejszej Polski wymiana ognia artyleryjskiego między Bauhausem i Capitolem odkrywa i niszczy Pieczęć, uwalniając na świat, po raz kolejny, plagę Nekromutantów. Podczas gdy najbardziej wpływowi i bogaci ewakuują się poza planetę grupa straceńców ze wszystkich Megakorporacji (w tym walczący ze sobą na początku filmu Mitch Hunter i Max Steiner) rusza na misję w celu zniszczenia Maszyny - urządzenia zamieniającego ludzi w mutantów.
Jak widać "oficjalna" historia z fluffu jest przepisana od nowa. Postacie z Drugiej Wojny Korporacyjnej są wstawione w czasy Exodusu, Pieczęć jest na Ziemi i jest otwarta dużo wcześniej... Zmian jest mnóstwo ale dla odbioru filmu nie mają znaczenia jeśli ktoś nie jest fanatycznie przywiązany do świata z MC. Sam film nie zawodzi jako niskobudżetówka klasy B. Zabija klimatem. Projekty broni, budynków i steampunkowych pojazdów są rewelacyjne (latające parowozy!). Wszystko jest brudne, mroczne i dołujące, happy endu też nie ma się co spodziewać. Jak będzie w kinach idę na pewno.


piątek, 1 lutego 2008

Jestem lebiegą

Obejrzałem 'I am legend' i żyję. Ledwo. Dużo sobie obiecywałem po trailerach, lubię klimat pierwowzoru, lubię Willa Smitha, niestety wyszła kaszana przez duże 'K', a nawet przez małe - dla podkreślenia kaszanowości. W zasadzie lubię filmy złe - oglądam seriale SF, a te osiągają czasem takie dno że od spodu już tylko Frytka stuka (kradzione); ale w tym dla mnie brakowało jakiegoś autodystansu - mrugnięcia do widza.

Sens tytułu został całkowicie zmieniony. Tu nie okazuje się że 'wampiry' zaczynają tworzyć nowe społeczeństwo a bohater, który je zabija w dzień gdy śpią, jest ich 'bugimenem'. W filmie Neville przed śmiercią znajduje lekarstwo na 'wampiryzm' i staje się legendą dla przyszłych pokoleń. (Acha, uwaga spojlery!). Człowiek więc czeka aż ta kobita okaże się szpiegiem, a ta zaczyna że bóg ją przysłał i podał koordynaty ostatniej ludzkiej kolonii. Co kurwa?! o_O I o co chodziło z tym motylkiem? Jaki znowuż kurwa motylek?!

Najładniejsza wizualnie scena - polowanie na jelenie z samochodu jest tak bzdurna że szkoda gadać. Strzelanie z pędzącego samochodu to chyba najgorszy sposób na polowanie jaki można wymyślić, a jeśli już to użyłbym do tego M60 a nie karabinu snajperskiego. Poza tym jak rozumiem były to wyewoluowane nowe-lepsze jelenie, które a)biegają zakosami prędzej niż pędzący prosto samochód, b)umieją pływać, c)i wolą przepłynąć na Manhattan niż mieszkać w jakiś głupich lasach.

Oczywiście, jak każdy, film ma swoje plusy. Zarośnięte miasto wygląda bardzo ładnie (choć nie do końca wiem gdzie on na Manhattanie znalazł traktor i nasiona żeby pole kukurydzy zasiać). Bardzo fajny patent z manekinami odgrywającymi mieszkańców. Dobrze pokazana i zagrana samotność i lekki obłęd bohatera.

Acha jeszcze jedno, dla osób wrażliwych - w filmie ginie pies. Mógłbym oglądać film jak ktoś kosiarką dzieci traktuje (najlepiej takie z wycieczki szkolnej w porannym autobusie gdy jedziesz do roboty na kacu, albo te biegające i drące mordy jak dzikie w centrach handlowych) ale męczenia fuczaków nie znoszę.

Na koniec cytat z brata mego:
"Ale ogólnie nie wiem o co mu chodziło z tym polowaniem na jelenie, on chyba nie chciał ich upolować przez cały film albo był niezłą pizdą, ale chyba raczej to drugie biorąc pod uwagę że ledwo dawał sobie rade z tymi potworkami a jakaś cipa z dzieckiem przejechała przez pół kraju i jeszcze go uratowała. I to niby miał być żołnierz? Żenada. Wesley Snipes by ich rozpierdolił w trymiga."

piątek, 19 października 2007

Dawno, dawno temu w bardzo kawaii galaktyce

Takie cudo udało mi się dorwać - oryginalna trylogia Star Wars w wersji mangowej. Łakomy kąsek dla każdego nerda :) Szczerze mówiąc wygląda to lepiej niż jakikolwiek inny komiks SW jaki do tej pory widziałem (a było ich sporo), stylizowana trochę odrealniona kreska pasuje do tego, bądź co bądź, naiwnie bajkowego scenariusza.

Komiks jest w wydaniu amerykańskim (jak wszystko z SW wydany przez Dark Horse) - czyli lustrzane odbicie japońskiego, co akurat bardzo fajnie wygląda bo komiks w ten sposób nie powtarza ujęć filmu. Rysownicy w każdej części są inni, co widać - styl ewoluuje od dość cukierkowatej kreski w Nowej Nadziei do przypominającej tą z Ality w Powrocie Jedi.

Scenariusz trzyma się bardzo wiernie filmu, tylko niektóre sceny zostały rozwinięte. Pojedynek Obi-Wana z Vaderem w końcu wygląda przyzwoicie, walka z Boba Fettem też jest trochę dłuższa, plus parę innych drobiazgów.

Komiks dostaje Międzynarodowy Znak Akceptacji Christofa :) Rzecz warta ściągnięcia (Ze sklepu, ze sklepu oczywiście! A co myślałeś?! ;)), i to nawet w wersji japońskiej - skoro słyszałem podczas czytania muzykę Williamsa, to pewnie i dubbing się przy odpowiednich scenach włącza (serio, chyba oglądałem SW jeden raz za dużo)

Acha, i Han strzela pierwszy :)