Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 marca 2019

Blogując na puszczy 1 - Warcry, GAMA i takie tam

Słowo 'puszcza' dawniej oznaczało pustkowie, więc niestety Jan Chrzciciel jednak nie krzyczał na tury (takie krówki większe, nie że z kimś na zmianę się darli). Niemniej pasuje w tytule bo a) 'z lasu', 2) nikt tego nie będzie czytał, i c) lepszego tytułu nie mogłem wymyślić na wpisy o niczym - takie podsumowanie newsików i tego co ostatnio jest akurat na tapecie - nieregularne najpewniej :)


Na GAMA Trade Show GW pokazało sporo nowego stuffu, w tym zapowiadające się rewelacyjnie Warcry (tak, karcianka Warhammerowa o tej nazwie też była). Bandy barbarzyńców walczą w ruinach o chwałę i przychylność bogów Chaosu. Czyli to co jest best in lajf. Conan, Frazetta, Manowar, strzelnica. Wydaje się że w starterze będą dwie grupy: minimalnie bardziej cywilizowana z jakimiś kawałkami pancerza i tacy bardziej z lasu (yay! :D) Jest nawet frakcja z symbolem dwóch węży ;)





Z ciekawszych rzeczy jeszcze: nowy model Kala Jerico do Necromundy, dodatek z elitarnymi jednostkami do Kill Teama i uwaga: heretycki komisarz do Czarnej Fortecy.


No i oczywiście niziołki! Drużyna knypków do Blood Bowla gdzie JEDEN MA NA GŁOWIE WIEWIÓRKĘ! WIEWIÓRKĘ! I ONA TEŻ CHCE GRAĆ! <3 p="">


Pozaludkowo - w kinach jest Battle Angel: Alita na podstawie mangi, którą uwielbiałem gdy wyszła u nas w 2003 wydana przez JPF. Zupełnie nie chce mi się pisać recki ale w skrócie film bardzo zaskoczył pozytywnie, chyb najlepsza adaptacja mangi do tej pory i co najważniejsze broni się całkowicie jako po prostu przygodowy film SF. Dostaje znak jakości Dziadu Poleca ;)

Chyba jeszcze tylko dziś można zamówić pierwszy tom Księgi Tradycyjnego Obozowania z wydawnictwa Stary Wspaniały Świat. Wcześniejsze ich pozycje były świetne więc to biorę w ciemno :)




piątek, 6 kwietnia 2018

OMG tam jest jakiś fluff!


Czas było w końcu zainteresować się fluffem z Age of Sigmar i o co w ogóle chodzi. Po obejrzeniu pierdyliarda filmów z jutjuba opisujących nowy świat młotka i przeczytaniu jednej książki wygląda na to że jest potencjał.

Gimby nie pamiętajo

O zgrozo, pomału zaczynam się przekonywać do nowego settingu. Oczywiście że szkoda Starego Świata ale nowy, a w zasadzie w liczbie mnogiej nowe światy, dają nieograniczone pole do tworzenia nowych historii. Szkoda też że po macoszemu są traktowane starsze armie ale za to tworzone są nowe bardziej unikalne frakcje jak latające stampunkowe krasnale czy harpiowężoelfie dziewczęta :) (Co nie zmienia faktu że im więcej wychodzi nowych fajnych modeli tym bardziej mam ochotę na kupowanie starych metalowych pokrak :))

Hello sexy, sorki ale idę właśnie na Ebay kupić więcej karłów z lat osiemdziesiątych.

Ale o książce miałem. Padło na 'City of secrets' bo z opisu wynikało że jest o straży miejskiej i życiu normalnych ludzi a nie o, za przeproszeniem, Stormcastach. Może to uprzedzenie ale tak samo nie interesują mnie czterdziestkowe pozycje o Space Marines gdy o Gwardii Imperialnej jak najbardziej. Pierwsza rzecz, która się rzuca w oczy to że okładka jest paskudna, wygląda jakby jako placeholder dali kawałek losowej grafiki z armybooka Tzeentcha i tak trafiło do druki zanim ktoś się połapał. Druga sprawa to że książka jest krótka, objętościowo bliżej jak gdy w zbiorze opowiadań jest to jedno najdłuższe od którego jest tytuł tomu :)

Ale o fluffie miałem. Więc jest parę fajnych pomysłów pokazujących świat i tytułowe Miasto Sekretów bliżej. Mieszkańcy Excelsis nie ufają i boją się Stormcastów, z ich perspektywy są nieludzcy i bezlitośni. Ludzie wywodzący się z Azyru traktują pozostałych jako zdecydowanie gorszych - taki między wymiarowy rasizm.  A w mieście, którego głównym exportem jest kamień przewidujący przyszłość jest pełno żebraków uzależnionych od przepowiedni. Drobiazgi ale jakos budują świat.
Sama intryga to typowy kryminał ze skorumpowaną strażą miejską i spiskami na wysokich szczeblach władzy:) Ogólny klimat jak w książkach o Starym Świecie -  jest nawet klasyczny inkwizytor i krasnolud zakapior :)


W skrócie - mimo wcześniejszego marudzenia, bardziej optymistycznie patrzę na nowego młotka i pewnie zagram w Age of Sigmar w dającej się przewidzieć przyszłości.



wtorek, 7 lipca 2015

Krótko o Road of Skulls jako pretekst do pomarudzenia o Age of Sigmar


Dawno o Gotrekach nie było a właśnie skończyłem Road of Skulls, pierwszą książkę z cyklu (poza zbiorami opowiadań), która nie ma slayer w tytule, nie jest w porządku chronologicznym i co gorsza jest przyjemniejsza w lekturze niż ostatnie Shamanslayer i Zombieslayer :) Dosłownie kilka słów na szybko.
Czasowo wpasowuje się to gdzieś po Trollslayerze. Fabuła jest prosta jak to w Gotreku powinna być (dalej mnie irytują udziwnienia z Orclayera) - armia Chaosu oblega Karak Kardin, król Ungrim Ironfist przeprowadza kontratak, Gotrek i Feliks plątają się po okolicy. Proste? Proste a czyta się całkiem przyjemnie - do autobusu czy pociągu w sam raz :) (przy czym wiem że prawdopodobnie nieobiektywnie podchodzę bo mam sentyment do serii). Paradoksalnie fajne jest że tytułowych bohaterów jest w książce mało, na równi dzielą czas z krasnoludzkim królem i, chyba najbardziej interesującym wątkiem, przepychankami i spiskami w nadciągającej hordzie. Wodzowie armii Khorna to nie tło a ciekawe pełnokrwiste (get it? get it? :D) postacie. Dodatkowo całkiem sporo jest poświęcone samemu miastu/twierdzy i krasnoludzkiej kulturze, do erpega jak znalazł. Dziadu poleca.

Na półce zostały mi jeszcze trzy 'normalne' książki (Lost Tales, City of the Damned i The Serpent Queen) i potem są już tytuły z End of Times. I trochę się boję biorąc po uwagę gwałt na Malusie Darkblade, który zrecenzował Mormeg. I generalnie szkoda że cykl się musi zamknąć i Gotrek i Stary Świat znikają na dobre.


I tak pokrętnie przejdę do Age of Sigmar. Decyzja likwidacji battla i wprowadzenia nowego systemu przez Games Workshop jest dość zrozumiała gdy przeważająca większość nowych graczy wybiera czterdziestkę a wśród nich większość na pierwszą armię wybiera Space Marines. Zmiana zasad mnie nie rusza, w WFB grałem ze trzy razy na krzyż, co więcej te cztery strony to może będą w końcu zasady do bitewniaka, które będę w stanie ogarnąć do końca. Stylistyka nowych figurek jest całkiem fajna i szczerze mówiąc kuszą mnie do zakupu. I tylko jednej rzeczy mi szczerze szkoda: świata. Ciężko pogodzić się że ten klimat i wszystkie znajome miejsca odejdą w zapomnienie. Wszystkie miasta i prowincje ze swoją bogatą historią. Wszyscy bohaterowie znani od lat.
GW nie jest głupie i na pewno zacznie wydawać książki dziejące się w nowej rzeczywistości i kto wie może będą świetnymi czytadłami i przekonam się do nowych realiów. Ale wciąż po prostu szkoda...

Na koniec najważniejsze - trochę lansiku :) Udało mi się w końcu dostać figurki Feliksa i Gotreka!!! :D I to te oldschoolowe wersje. Ebay najlepszym przyjacielem człowieka.


piątek, 26 kwietnia 2013

Kilka sów o Gwardii i zupełnie inne sprawy

Black Library po długim okresie koncentrowania się na Space Marines (Herezja Horusa, cykl o znanych bitwach) wydało ostatnio znów książkę o Gwardii Imperialnej: 'Fire Caste', zapewne z okazji premiery nowego kodeksu do Tau. (Tak przy okazji - jakiś czas temu zwiększyli też rozmiar książek, żeby przypadkiem dobrze razem na półce nie wyglądały ;)). Co mi przypomniało że w zasadzie to powinienem skończyć 'Ice Guard' i dla zasady napisać kilka sów* o wcześniejszych częściach ze znanymi z gry regimentami.



Więc szybciorem. 'Death World' to w zasadzie 'Predator' - grupa Catachan opisana z punktu widzenia outsidera wykonuje zadanie w skrajnie wrogiej dżungli. Trup ściele się gęsto ale jest to zupełnie inny klimat niż w poprzedniej w cyklu, skrajnie przygnębiającej, 'Fifteen Hours' - jest mniej poważnie i raczej filmowo, ba nawet legendarny Sly Marbo się pojawia.
'Rebel Winter' z Vostroyanami ma trochę nastrój rosyjskiego filmu wojennego - zima, zimno, wąsy, mróz i generalnie do dupy. I było by fajnie gdyby nie wrażenie że książka urywa się w połowie - jest zupełnie niepotrzebny twist i zaraz po nim niesatysfakcjonujący koniec.
W 'Desert Riders' występują oczywiście Talaranie na dodatek z dwóch wrogich plemion zwaśnionych różnymi interpretacjami imperialnej religii (wink, wink). Na pustynnej planecie muszą walczyć bez szansy na zwycięstwo z przeważającymi siłami Tyranidów. Jest fajnie bo mrocznie. Dziwna sprawa tylko: jeden z bohaterów używa zwrotu 'Dark Eldar' - skąd jakiś gwardzista miałby odróżniać Eldarskie frakcje, z imperialnego punktu widzenia to wszystko piraci :)
W sumie wszystko to sympatyczne pulpowe przeciętniaki akurat na czytanie w pociągu. Po trzy sowy czy coś.


Z innej bajki: dostałem po blogu łańcuszkiem Liebster Blog. Nie puszczam dalej bo łańcuszki to zuuuo ale namawiam na nabicie wejść w zamian: [kliku kliku]


Zaprzyjaźniona firma Wargamer wydaje 'Ogniem i mieczem' po angielsku. Można wesprzeć tą zacną inicjatywę popularyzacji historii polski na zachodzie na Kickatarterze projektu.

Na koniec: wyciekły fotki nowych High Elfów do Warhammera, normalnie zupełnie nie czaję klimatu tej frakcji ale ludki nowych bohaterek są po prostu tak kiczowate że aż przeurocze, popatrzcie tylko na te serduszka ^^ Kupuję w ciemno :)


*Nazwa kilka sów to wymówka żeby opisywać stuff w tylko w kilku słowach (zupełnie nie potrafię zdań i wyrazy) i wkleić sowy w jakieś obrazki. Przekurwasprytnie nieprawdaż?


piątek, 19 października 2012

Masters of Doom

Jadąc dalej w Doomowym klimacie - nie czytam z zasady biografii (w ogóle mało czytam :/) ale zrobiłem wyjątek dla Masters of Doom i było absolutnie warto. To życiorys Carmacka i Romero (plus zmieniających się osób 'z ekipy') skupiający się oczywiście głównie na ID software. Wciągające toto jak cholera, zupełnie się tego nie spodziewałem, zwłaszcza początki pracy: Commander Keen, Wolfenstein i Etcetera. W zasadzie nie działo się to tak dawno temu ale w 'branży' to prehistoria - czasy gdy PC nie był nawet uznawany za platformę do grania, dystrybucja za pomocą uniwersyteckich BBSów, gazety z dyskietkami, łza się w oku kręci...
Historia dwóch młodych ziomów, którzy nagle zostali milionerami i jak to zmieniło ich i rynek gier jest fajna ale imho najciekawsze w książce są szczegóły pracy twórczej przy konkretnych tytułach. Jak ograniczenia sprzętowe wpłynęły na gameplay. Dlaczego styl graficzny Quake jest nijaki (bo pół ekipy robiło grę  fantasy a drugie sci-fi (sorki, SyFy)). Ile rzeczy, które znalazły się w Doomie 3 było wymyślonych jeszcze przed jednynką (alot). Skąd się wzięły nazwy Doom (z filmu), Quake i Daikatana (z sesji rpg). Skąd w Doomie piła spalinowa i szczota (z Evil Dead 2). Świetne spojrzenie za kulisy powstawania najważniejszych gier lat dziewięćdziesiątych - akurat kiedy miałem jeszcze jakieś ambicje programistyczne (czy jakiekolwiek ambicje w ogóle). Dziadu zdecydowanie poleca. Na sieci można też kupić audiobooka, którego czyta ShutUp Wesley.

dum dum dum...

Przy okazji wygrzebałem jeszcze jedną książkę o Doomie - przewodnik po poziomach z czasów gdy nie dało się tego szybko sprawdzić w internetach. Szacun dla autora że z takiego tematu zrobił dość grubą książkę i dla polskiego wydawcy za bezczelność: część map jest w złych rozdziałach a dokładnie połowa jest zupełnie nieczytelna. Ciekawe czy znaleźli debila co to kupił.
Ejjj!

piątek, 16 października 2009

Slayer of the Storm God

No i wyszedł kolejny Gotrek (w zasadzie już do tej pory dwa ale o Shamanslayerze później) tym razem dla odmiany jako Audiobook. I szczerze mówiąc, jak irracjonalnie kocham tą serię mimo spadającej jakości, to ten jest naprawdę taaaki sobie. Fabuła 'Slayerów' nigdy nie była specjalnie skomplikowana, nawet za czasów Kinga, i wcześniej mi to nie przeszkadzało; ale 'Slayer of the Storm God' wygląda jak przygoda z kiepskiego rpg do rozegrania na jeden wieczór: jatka od początku do końca. Odmianą jest że zamiast typowych mutantów z lasu są mutanty morskie rodem z Piratów z Karaibów plus końcowy boss ala małe Cthulhu.
Inna sprawa to forma wydania: zwykłe audio CD. Jak łatwo się domyślić wiele tam się nie zmieściło, jakieś trzy rozdziały typowego Gotreka. Do tego cena płyty jest wyższa niż dużo dłuższej książki, to już jakiś absurd. W porównaniu do 'oldschoolowych' audiobooków jakie były np. swego czasu w Wyborczej, gdzie był jedynie spokojnie czytający lektor, tu jest muzyka, odgłosy tła i stylizacja głosów (mimo że wszystko czyta jeden człowiek). Było by to fajne gdyby nie przesadzono ze stylizacją i mówiącego przez wąsomacki (wspominałem o ripoffie z Piratów?) kapitana nie sposób już zrozumieć.
Jest jeszcze jeden minus, oprócz czasu trwania, wydania na audio CD. Kto ma jeszcze przenośny odtwarzacz płyt kompaktowych?* Żeby zabrać książkę ze sobą do pociągu podczas ostatniej wycieczki do Łodzi musiałem dokonać ohydnego aktu piractwa i zripować całość na MP3.

*Szczerze mówiąc ja w ogóle nigdy nie miałem, za to walkman gdzieś jeszcze leży skitrany.

piątek, 19 grudnia 2008

Zabójca efich paralityków!

Miałem już nie kompromitować się 'reckami' ale na szybko spróbuje bo jest okazja: nowy Gotrek! Tym razem uroczy karypel tłucze Mroczne Elfy. Czego w tej książce nie ma! Są pływające miasta, zatopione miasta, perwersyjny seks, piraci, ninja, piraci kontra ninja a nawet zmutowany rekin chaosu! Po ostatniej książce, w której skala stawianego przed bohaterami wyzwania była w miarę rozsądna, tu Long znowu wraca do epickiego rozmachu - zagłada grozi całemu Imperium a w zasadzie i światu.
Zauważyłem w trakcie czytania że autor tworzy widowiskowe sceny, które zapewne robiły by wrażenie w filmie ale w książce taki kilkustronicowy bieg po walącym się mieście jest po prostu nudny. Na końcu znalazłem notkę biograficzną o autorze i bingo! Jest scenarzystą hollywoodzkim, to wszystko wyjaśnia. Zdecydowanie bardziej wolałem bardziej przyziemne motywy, walkę z lokalnymi problemami w lasach, wioskach i miasteczkach Imperium. Ta eskalacja
zagrożeń jest irytująca ale rozumiem że Gotrek z założenia szukałby coraz większych wyzwań. :)
Z ciekawostek: aby czas akcji zgadzał się z obecną linią Warhammera, okazało się daty przy fragmentach "Moich podróży z Gotrekiem" z poprzednich książek są błędem popełnionym przez niedbalstwo wydawcę - brata Felixa.
Mimo marudzenia muszę powiedzieć że miałem fun jak zawsze z czytania kolejnych cośtamslayerów, prawdopodobnie jednak w sporej części to zasługa sentymentu i przyzwyczajenia do serii.

A teraz uwaga - w marcu kolejna część! I jest już okładka:


Tak, najwyraźniej tym razem demony już nie wystarczyły, Goterk i Felix zatłuką jakiegoś Lovecraftowego boga z głębin. Nie mogę się doczekać! :)

poniedziałek, 28 lipca 2008

Ostatnio czytane, na szybko: wyprzedaż - końcówki serii

Skończył się "Y: the last man", imho jedna z lepszych serii ostatnich lat. To (bardzo z grubsza) połączenie Seksmisji i Mad Maxa o ostatnim mężczyźnie na Ziemi gdzie wszystkie samce ssaków zginęły w jednym momencie z niewiadomej przyczyny. Bohater nie jest wybrańcem ani wyjątkowym herosem, ot przeciętny niespecjalnie bystry kolo, który przeżył zagładę przypadkiem. Przyczyny epidemii były już wyjaśnione w poprzednim tomie, w tym kończą się pozostałe wątki - siostry bohatera, jego dziewczyny, jego ochroniarza i ścigającej ich psychopatycznej izraelskiej generał. Jest dość dramatycznie, o happy endzie nie ma mowy i takie zakończenie bardzo mi podpasowało. Sama końcówka, wzorem wielkich klasycznych powieści jak np "Harry Potter" jest umiejscowiona lata po głównym wątku i pomaga definitywnie zamknąć cykl (o ile Vertigo nie wpadnie na "genialny" pomysł prequela/spin-offa/innego barbarzyństwa).

W "Astonishing X-Men" skończył sie run Whedona (teraz będzie pisał Ellis), nie tak tragicznie jak "Y" bo jak wiadomo w universum Marvela "śmierć to obrotowe drzwi" niemniej jednak cieszy brak szczęśliwego zakończenia. Sam komiks rewelacyjny jeżeli chodzi o 'język' - rozrysowanie i tempo paneli (wiem, brzmi to jak bełkot ale nie wiem jak to wytłumaczyć), widać że Whedon to czuje; sam scenariusz to ratowanie ziemi przed kosmitami - nic specjalnego ale za to jak zawsze ze sporą dawką humoru.

"Deadpool vs. Marvel Universe" to ostatni TPB serii Cable & Deadpool, z bonusem w postaci braku Cable. I dobrze zdecydowanie wolę Deadpoola solo. Ta seria akurat kończy się klasycznym Happy Endem, Wade w końcu zostaje (prawie) uznanym superbohaterem pomagając Avegers uratować Nowy Jork przed dinozaurami opętanymi symbiontami Venoma (serio! It's both cool and stupid!). Niedługo startuje kolejna solowa seria Deadpoola a na dodatek będzie w nowym filmie o Wolverine, jest dobrze. Chimichanga, chimichanga, chimichanga!

"Understanding Comics" Scotta McClouda - rewelacyjna książka opisująca mechanizmy 'działania' komiksu, przy okazji zahacza o postrzeganie rzeczy i czasu, historię i różnice komiksów na świecie i cały przekrój pokrewnych tematów. Teoria komiksu (i przy okazji innych mediów) opisana w bardzo drobiazgowy sposób. Lektura obowiązkowa. Też McClouda "Reinventing Comics" to z kolei jego manifest jak komiks powinien wyglądać. Kontrowersyjnie ale bardzo ciekawie, choć jego entuzjazm co do przyszłości komiksu w internecie jest chyba przesadzony. Ja tam lubię papier :)

Inny stuff: "Thunderbolts" Ellisa - fajne, grupa marveloskich villianów (dowodzi Norman Osborn, w ekipie Venom, Penace*, Bullseye i jacyś państwo, których nie znam) łapie niezarejestrowanych herosów dla rządu USA, knowania wewnątrz grupy, propaganda sukcesu w mediach, klimacik. "Phoenix - Endsong" - kupa nieprzeciętna, rysunki fajne. Drugi tom ósmego sezonu"Buffy" - wiadomo jestem bezkrytyczny ;) 10 tom "Fables" "The Good Prince" - trzyma jakiś poziom ale osobiście niespecjalnie mi podszedł, cały tom jedzie na Deus ex machina.

* Kolo wcześniej znany jako Speedball, po tym jak spowodował katastrofę rozpoczynającą Civil War jego moce się zmieniły i może z nich korzystać tylko gdy odczuwa ból. Marvel ma w końcu masochistycznego bohatera, pozazdrościli DC Wonder Woman.

piątek, 27 czerwca 2008

Ostatnio czytane, na szybko: Amerykańskie Lewicowe Trykoty i Polska Fantastyka Prawicowa (tm)

Authority - swego czasu seria wzbudziła sporo fajnych flejmów na forach między zwolennikami wielbłąda dwugarbnego i jednogarbnego. Nie jest to imho jakiś niesamowity przełom w historiach o superbohaterach jak chcieli by zwolennicy ale też z drugiej strony odstaje na plus od amerykańskiej średniej z tamtego okresu. W założeniach Authority mieli się tym odróżniać od reszty komiksowych supergrup że naprawdę zmieniają świat, i faktycznie w późniejszych numerach, w przerwach między mordobiciami z innymi trykotami, obalają dyktatury, rozbrajają armie a pod koniec serii przejmują władzę w Stanach Zjednoczonych. Mimo (a może przez nie) ekologiczno-lewacko-utopijnych wzniosłych celów bohaterowie są wyjątkowo antypatyczni i szczerze mówiąc najbardziej pasowały mi odcinki gdy Authority zostali zastąpieni przez nową grupę sponsorowaną przez najbogatsze państwa i korporacje świata (z liderem - brytyjskim futbolistą kojarzącym mi się z Vinnie Jonesem). Mimo wszystko - do przeczytania.

Planetary - też z Wildstormu i też Ellisa ale seria zdecydowanie różna i o kilka klas lepsza od Authority. Tytułowa grupa to 'archeolodzy niemożliwego' - badają mity i tajemnice przeszłości. To właśnie ten klimat odkrywania tajemnicy tak bardzo mi podpasował. Kolejne części są luźno związane ze sobą (przy Transmetropolitanie zauważyłem że zdecydowanie wolę Ellisa w krótkich zamkniętych formach) i z reguły nawiązują do konkretnych pozycji lub bazują na pewnych archetypach popkultury. Są więc odcinki o wielkich japońskich potworach, zmutowanych mrówkach z pustyni, zaginionych plemionach albo tajnych technikach kung fu, są też bezpośrednio nawiązujące do innych komiksów, piszące od nowa znanych bohaterów. Niesamowita, wciągająca seria, streszczająca popkulturę XX wieku, z idealnie pasującymi nieprzeładowanymi szczegółami rysunkami Johna Cassadaya. Mjut.

Doom Patrol, run Granta Morrisona - 'stara' seria z początku lat dziewięćdziesiątych. Wyjątkowo nieortodoksyjna jak na amerykańskie 'trykoty'. Delikatnie mówiąc. Rewelacyjny, cudowny komiks, którego za cholerę nie potrafię opisać, jak nie można opisać absurdalnego snu. Można opowiedzieć fragmenty: obraz zjadający Paryż, żywa ulica transwestyta, Flex Mentallo napinający przez miesiące mięśnie żeby Pentagon zmienił kształt na okrągły. Ogólny zarys fabuły jest trywialny: grupa superludzi walczy z różnymi zagrożeniami. Ale już sama grupa jest dziwna a przeciwnicy to groteskowy, psychodeliczny freak show. Swoją 'muzę' Morisson pośrednio ujawnia gdy przeciwnicy Doom Patrolu znajdują potężny artefakt: rower Alberta Hoffmana, którym wracał z laboratorium po pierwszym zażyciu LSD. Komiks chwilami ciężki w odbiorze, nie tylko fizycznie przez chwilami 'mało popularne' angielskie słownictwo i zabawy językiem (ludzie mówiący tylko anagramami, albo układający zdania by początki wyrazów tworzyły 'nowhere') ale warty każdej chwili czytania.

Nadrabiam krajową fantastykę. Na początek poszła 'Apokalipsa wg Pana Jana' i 'Ostatni zjazd przed Litwą' - olaboga, mój ulubiony gatunek to bzdurne czytadła takie dla relaksu ale ile można o alternatywnej Polsce pisać? Polska jako supermocarstwo, Polska po wojnie atomowej, Polska kolejny raz zdradzona przez sojuszników, to już jakieś leczenie kompleksów jest. Do tego kwiatki typu morze podchodzi pod Poznań ale w Wiśle jest niski stan wody. Nie były oczywiście jakieś całkowicie tragiczne bo, co dziwne, mimo że mnie irytowały to i jednocześnie wciągały. '2586 Kroków' Pilipiuka z kolei pozytywnie zaskoczyło bo kojarzył mi się z 'disco polo fantastyki' - Wędrowyczem, a tu zbiór całkiem fajnych opowiadań w tym jedno rewelacyjne o bardzo wczesnych kontaktach z Marsem i pierwszych próbach wystrzelenia pojazdu w kosmos (bardzo podobny wątek był w jednym z odcinków Planetary). Na koniec pierwszy tom antologii 'Niech żyje Polska, hura!', nie jest na szczęście tak radośnie prawicowo propagandowy jak by wskazywał tytuł. Więcej jest fantastyki niż martyrologii (żenujący 'Brulion' ciągnie średnią w dół) w tym dwa, chyba najdłuższe w książce, rewelacyjne opowiadania Komudy i Kołodziejczaka (Komudy wcześniej nie czytałem, muszę poszukać pozostałych książek).

o loool napisałem 'archetyp', w następnym poście będzie 'oniryczny'

wtorek, 20 maja 2008

Elfslayer - okładka

Szybkie info: Black Library zamieścili już okładkę kolejnej części mojego ulubionego Warhammerowego hack&slasha. Wyjaśnia się, które konkretnie elfy Gotrek będzie tłukł tym razem.

środa, 7 maja 2008

Braaaiins....

Zachęcony entuzjastycznymi recenzjami z ProForumka kupiłem dwie książki Maxa Brooksa o zombie: "Zombie survival" i "Wojna Zombie" ("World War Z"). Jednym słowem: cudo, absolutny "must have" dla miłośników zombiaków.

"Zombie survival" ma formę klasycznego podręcznika przeżycia i zawiera podstawowe techniki radzenia sobie w przypadku epidemii. Autor jest śmiertelnie poważny i podchodzi do tematu, jak wydaje się, z dużym doświadczeniem własnym :) Mamy więc praktyczne porady jaka broń jest najlepsza do walki z zombie (praktyczne - czyli np. piła łańcuchowa odpada), jak zabezpieczyć dom, jakie zapasy przygotowywać, gdzie się ewakuować. Jest też obszerny rozdział poświęcony fizjologii żywych trupów (przy okazji obalający kilka hollywoodzkich mitów) i sposobom rozprzestrzeniania się wirusa solanum odpowiedzialnego za zmianę ludzi w zombie (tak tylko ludzi, wirus zabija zwierzęta ale już ich nie reanimuje). Do tego relacje historyczne od epidemii w starożytnym Egipcie do czasów współczesnych (takie np. Imperium Rzymskie bardzo sprawnie radziło sobie z problemem). Oczywiście oprócz porad specyficznych dla zjawiska (bagnet w formie szpikulca jest lepszy bo łatwiej nim uszkodzić mózg zombie przez oko) spora część jest przydatna w innych sytuacjach kryzysowych (jak coś zaczyna się dziać złap wody, drogi wyjazdowe będą zapchane - weź rower).

"Wojna Zombie" to pseudo dokument zbierający relacje z epidemii klasy czwartej czyli ogólnoświatowego ataku zombie. Głos mają przedstawiciele całego świata od palestyńskiego uchodźcy do kapitana chińskiej łodzi podwodnej. Z początkowo oderwanych od siebie wypowiedzi wyłania się obraz konfliktu - od pierwszych, lekceważonych symptomów do wojny, ewakuacji i w końcu kontrataku. To przede wszystkim książka o ludziach w czasie kryzysu, radzących sobie w różny sposób (albo i nie radzących sobie w ogóle) ze zniszczeniem znanego im świata. W drugiej kolejności to powieść wojenna, sf i political fiction (rewolucja w Chinach, Kuba staje się bogatym krajem).
BTW sama epidemia nigdy nie miałaby miejsca gdyby światowe rządy albo sztaby kryzysowe znały "Zombie survival" albo przynajmniej obejrzały parę filmów... :)

Chyba dawno żadne książki nie wzbudzały w piwnym towarzystwie tyle dyskusji, wymieniamy się pomysłami na zabezpieczania domów i improwizowaną broń. Wychodzą przy okazji praktyczne rzeczy np: dlaczego w razie epidemii nie warto kryć się na wyspie na Wiśle - bo w nocy może przydryfować Krakowski Zombie, zje ci pół mózgu a drugie pół zachowa na później...

czwartek, 7 lutego 2008

Voldemort zabija Rona! Harry zabija Snapea!

Powyższe stwierdzenia nie są prawdą.

No i skończył się Harry Potter. W zasadzie bez większych niespodzianek, dość zaskakujący jest tylko wysoki body count pozytywnych bohaterów, padają na lewo i prawo, nikt nie zna dnia ani godziny. Harry z ekipą szuka pozostałych horokruksów, Voldemort z ekipą przejmuje władzę, na koniec wielka bitwa (o to będzie fajne w filmie!), nasi dobrzy wygrywają. Swoją drogą to Voldemort w tej części nie wygląda na Wielkiego Złego a raczej na sfrustrowanego cieniasa, którego Harry robi jak dziecko kiedy chce.
W skrócie: Ron:"Hermiona, Hermiona, jestem zazdrosny o Harrego" Hermiona:"Ron, Ron, gamoniu" Harry:"Dumbledore, Ginny, Dumbledore, kogo kocham bardziej?" Voldemort:"Zło, zło, mrok, [niekontrolowany atak gniewu], [zabija losowych współpracowników], ciemność!"

Przed filmowcami spore wyzwanie, nie chodzi o długość - imho podział na dwie części nie jest konieczny. Za to pod koniec książki są zwolnienia, które mogą tempo filmu popsuć; podczas finałowej wielkiej bitwy są dwie przydługie sceny przemowy (i to w trakcie pojedynku) i cały rozdział biografii Snapea. Scenarzysta będzie musiał przyciąć co nieco.

Zakończenie niespecjalnie zostawia miejsce na kontynuację, ale Dżejkej raczej sobie poradzi. Zaraz pewnie jakiegoś spin-offa strzeli typu "Saga rodu Weasleyów" albo "Zakazane pasje - tajemnice damskiej szatni w Hogwarcie".

czwartek, 24 stycznia 2008

The Last Chancers

Kolejna książka i znowu tandetna SF z Games Workshop ale czego spodziewać się po człowieku, którego ulubioną lekturą jest katalog IKEA 2007 (ten na 2008 jest jakiś taki chaotyczny, nieuporządkowany i nieczytelny prawda?)
'The Last Chancers' zawiera trzy powieści Gava Thrope: '13th Legion', 'Kill team' i 'Anihilation squad', plus dwa opowiadania uzupełniające akcję.
W skrócie: 'Parszywa dwunastka' w świecie Warhammera 40K. Pisana w czasie teraźniejszym i pierwszej osobie za punktu widzenia porucznika Kage - psychola odsiadującego za sprzedanie kosy przełożonemu.
'13th Legion' początkowo ma strukturę zbioru opowiadań, każde o kolejnej misji skazańców. Później całość zaczyna się coraz bardziej łączyć aż do kulminacyjnego zadania. Ogólnie sprawia wrażenie że koncepcja się zmieniała autorowi w trakcie pisania. Dodatkowo Gav gubi ludzi - kilkukrotnie znikają i pojawiają się w narracji tylko po to żeby zaraz zginąć.
'Kill team' początkowo wyszło w czasie gdy GW wprowadzało Tau na rynek, jako element promocji nowej armii do WH40K. I wyszło fajnie. Imho najciekawszy kawałek całego zbioru. Kage z ekipą pod przykrywką zwiedzają zajęte przez Tau światy co jest okazją do pokazania obcej kultury (i sprzętu oczywiście! opisy battlesuitów takie że sam się dziwię że jeszcze nie kupiłem figurasek :)) Ponadto to najmniej mroczna i fatalistyczna część - kilka osób nawet przeżywa!
'Anihilation squad' ma miejsce podczas trzeciej wojny o Armageddon. Chyba najgorsza cześć, po prostu nudna i sprawia wrażenie pisanej na siłę od sceny do sceny. Do tego wyjątkowo udziwniona końcówka (ale za to 'mrooooczna'). Generalnie całość to niezłe czytadło tramwajowe, na tyle wciągające żeby nie gapić się na współpasażerów, ale jednocześnie poniżej i tak kiepskiej średniej publikacji okołogrowych GW. Plusika dostaje ze głównego bohatera - bezwzględnego, absolutnie samolubnego bydlaka i mordercę.

czwartek, 6 grudnia 2007

The King is dead. Long live the... Long!

Oczywiście King nie umarł, niemniej jednak przestał pisać kolejne książki swojego najsłynniejszego cyklu. Rzecz jasna GW nie zrezygnowało z Gotreka i Felixa, zmienił się tylko autor - kolejne tomy pisze Nathan Long.
Orcslayer - pierwsza książka Longa w cyklu, miała odświeżyć serię, pozbyto się powracających bohaterów drugoplanowych a akcję przeniesiono o 20 lat naprzód żeby podgonić do 'współczesnych' czasów Warhammera. Najprawdopodobniej Zabójca Orków nie sprzedał się najlepiej bo najnowszy tom wraca do osób, miejsc i wątków z początków serii.

Wracamy zatem do Nuln, który ('którego'? może 'Nulnu'? o_O) bohaterowie odwiedzają w drodze na północ gdzie szaleje Burza Chaosu (zwana przez fanów Wiosenną Mżawką Chaosu), odwiedzamy te same miejsca, spotykamy tych samych znajomych. Zabieg chyba udany bo czułem jakbym czytał jedną z powieści Kinga: sieka, chlanie, przeciąganie kciukiem po ostrzu topora, kultyści, wampiry, sterowiec, Malakai, Urlika a nawet Thanquol przez chwilę. Gotrek i Felix walczą z kultystami próbującymi zniszczyć Imperium od wewnątrz (co nie jest takie proste - to nie siekanie orków w górach i zabicie człowieka na ulicy niespecjalnie przechodzi w oczach władz), a jednocześnie starają się mieć na oku swoich nowych niespecjalnie godnych zaufania wspólników. Banalna, cudownie prosta lektura autobusowa; nie zmieniające się od lat pulp fantasy. Niestety Long znowu zafundował przekombinowane zakończenie ale na szczęście nie aż tak jak finałowy twist w Orcslayerze. Za to wydaje się być więcej humoru niż w poprzedniej książce, chwilami bardzo przypominającego ten Kinga (scena w luksusowym burdelu i "najpiękniejsza kobieta jaką widział w życiu" i kolejna i kolejna... sooo true :))
Ciekawostka - okazuje się że Felix na bieżąco przesyłał swoje pamiętniki bratu a ten je wydawał - w ten właśnie sposób fani na forum Portent próbowali wytłumaczyć niespójności w datach i wydarzeniach serii; taki miły gest w stronę wiernych czytelników.

To nie nazwy heavy metalowych kapel z lat 80 - czyli do tej pory ukazały się: Trollslayer (zbiór opowiadań), Skavenslayer (skaveńska inwazja Nuln), Daemonslayer (wyprawa na Pustkowia Chaosu), Dragonslayer (wyprawa na smoka[kto by zgadł?]), Beastslayer (oblężenie Praag), Vampireslayer (wampiry, mrok, emo), Gigantslayer (Albion, whisky, mgła), Orcslayer (odbicie krasnoludzkiej twierdzy) i Manslayer. Możliwości jest jeszcze wiele, choćby Lizardslayer, Ogreslayer, Hippogriffslayer... Kiedyś też chodziły plotki o planach wydania Kinslayer o młodości Gotreka.
Zapowiadany jest już Elfslayer (polski tytuł: Morderca Elfich Paralityków) nie mogę się już doczekać...

czwartek, 27 września 2007

Fifteen Hours

Podstawowy trening: cztery miesiące, transport międzyplanetarny: siedem tygodni, oczekiwany czas przeżycia: piętnaście godzin

Po przeczytaniu tej książki moje pierwsze wrażenie było: 'Jak GW mogło to dopuścić do druku?' Fluff Warhammera 40K pokazuje bez złudzeń że świat przyszłości to nie jest wesołe miejsce gdzie chciałoby się założyć rodzinę i wychowywać dzieci, ale książka Mitchela Scanlona może najbardziej zapalonego gracza Gwardii Imperialnej wpędzić w ciężką depresję.
W skrócie: młody człowiek zostaje powołany, trafia na pole bitwy, pozbywa się złudzeń co do bohaterstwa, służby wojskowej i Imperium po czym (spoiler alert) umiera w okopie przytrzymując wylewające się wnętrzności. Ryzykowny ruch - wydanie tak antywojennej książki przez firmę zarabiającą na sprzedaży małych żołnierzyków ale kawałek naprawdę niezłego (choć lekko dołującego) czytadała. Jako pracownik Dużego Urzędu PAństwowego obserwujący rozgrywki pomiędzy dyrektorami, kierownikami i pełnomocnikami muszę też zwrócić uwagę jak pięknie opisana jest cała kadra dowodząca - w 99% grupa niekompetentnych idiotów próbujących chronić swoje tyłki, samo życie...
Graczu pomnij Arvina Larna - jeszcze dziś zamień lasguny swojej gwardii na grabie i łopaty a Chimery przerób na ciągniki, acha i jak ktoś będzie Cię wysyłał za ocean walczyć za wolność waszą i naszą, każ mu się pier...